OD TEATRU DO APOSTAZJI

 

Odstępstwo Karola (a)

 

––––––

 

Zbawiciel wyrzekł, że gdy uderzą w paste­rza rozproszą się owce. Ta zapowiedź zawsze się sprawdzała, i przeglądając historię znajdziemy na to dowody tyle razy, ile razy prześladowanie do­tknęło Chrystusowych Namiestników. W osta­tnich czasach wśród ciężkich okoliczności, jakie papiestwo przechodziło, toż samo się pokazało. W Marchii i Umbrii były odstępstwa między du­chownymi, ale w Rzymie Bogu dzięki dotąd nic podobnego nie miało miejsca; potrzeba było, aby Francuz powszechnemu Ojcu wiernych i Kościo­łowi do goryczy jakie spełnia, dodał jeszcze gory­czy. Tym smutnej sławy Francuzem jest Karol Loyson (*), a w zakonie O. Jacek; o którym pokrótce przypominamy czytelnikom podane już dawniej szczegóły.

 

Urodzony w Orleanie 1827 r. we Francji, Karol Loyson dał się poznać świeckim jeszcze bę­dąc z pierwszego swego utworu, to jest komedii, dla teatru napisanego, który jednak nie doznał przyjęcia. Nie sądzimy, aby ten zawód skłonił go do wejścia w stan duchowny, to jednak wiemy, że wstąpił do świętego Sulpicjusza w Paryżu i po odbyciu lekkich studiów teologicznych został na kapłana wyświęcony. Potem wszedł do zakonu Karmelitów w Lyonie pod imieniem Ojca Jacka i począł miewać kazania. Żywa dykcja, śmiała imaginacja, styl barwny zjednały mu wielbicieli bardzo licznych, skutkiem czego przeniesiony do Paryża występował na ambonie, naprzód w różnych kościołach, a nareszcie w katedrze Najświę­tszej Panny (Nôtre-Dame) wobec mnóstwa słu­chaczów, z kazaniami Adwentowymi (1).

 

Wśród powszechnego uwielbienia, z jakim te wystąpienia przyjmowano, dał się słyszeć w dzien­nikarstwie ostrożny i nieśmiały głos Ludwika Veuillota zwracający uwagę wielbicieli na zbyt śmiałe, nie dość ściśle określone, niezupełnie z teologicznymi zasadami zgodne wyrażenia i zdania kaznodziei. Trudno było wówczas obwiniać Ojca Jacka o sprzyjanie racjonalizmowi, ale uważny dostrzegacz łatwo dopatrywał przechylania się na niebezpieczną spadzistość. Śmiałość wymownego Karmelity rosła tymczasem i poczęła się wybitniej niewłaściwością formy objawiać. W czasie Ad­wentu 1866 r. O. Jacek mówił o moralności nie­zależnej i przychodził na ambonę z dziennikiem, którego artykuły odczytywał i zbijał. Dziennik ten pod tytułem La morale independante odpowia­dał na to O. Jackowi w swoich kolumnach, a on mu znowu z ambony. Taka predykacja słusznie poczęła gorszyć wiernych, i tu zdaje się było pierwsze ich spostrzeżenie się i zbudzona nie­ufność.

 

Nadszedł Adwent r. 1867, a O. Jacek mówił o moralności w rodzinie: przedmiot to nie tyle co pierwszy niebezpieczny, ale w nim kaznodzieja już począł się odsłaniać, występując z zasadami niezupełnie prawowiernymi. Znać zawsze było w jego zachowaniu się i sposobie dowodzenia czło­wieka, który niefortunnie przeszedł do ambony nie mogąc się przy teatrze ostać. Nieraz wierni byli zdziwieni słuchając mówcy i pytali siebie: Czyż to ma być słowo Ewangeliczne? Wtedy mię­dzy wielbicielami począł rozdział powstawać, jedni w uwielbieniu wytrwali, drudzy gorsząc się opu­ścili mówcę; a tymczasem dziennik L'Univers miał tyle odwagi, że podniósł tę sprawę i jasno zgor­szenie wykazał, czym nie małą Kościołowi uczy­nił przysługę.

 

Na początku r. 1869 wezwany Ojciec Jacek udał się do Rzymu, gdzie mu uczyniono ojcowskie uwagi, a on do nich zastosować się i poprawić przyrzekł. Lecz powróciwszy do Paryża wszedł do międzynarodowego komitetu pokoju i tu po­wiedział mowę, w której przedstawiał religię ży­dowską, katolicką i protestancką, jako "trzy wiel­kie religie ludów ucywilizowanych", z czego wypływało, że dla tego kaznodziei było toż samo być żydem, czy protestantem, lub katolikiem (2).

 

Wtedy to Ojciec generalny przełożony Kar­melitów w moc tego posłuszeństwa, na jakie uro­czysty ślub złożył Ojciec Jacek, polecił mu, aby się wstrzymał od wszelkiej predykacji, na co mu kaznodzieja odpowiedział znanym powszechnie li­stem z dnia 20 września 1869 r. Szczegóły tego przejścia znają czytelnicy nasi, gdyż je podawa­liśmy w Przeglądzie z r. 1869 str. 683, 750 i 811; tu przypominamy tylko, że O. Jacek w liście owym protestował przeciw Kościołowi katolickiemu oskar­żając go iż "przekręcił Ewangelię" i dodawał, że "jeżeli Francja i narody łacińskie są łupem anarchii socjalnej, to główną tego przyczyną jest nie katolicyzm sam w sobie, ale sposób, w jaki on od da­wnego czasu jest pojmowany i stosowany".

 

List ten wykazał w biednym odstępcy zwy­kłą takich ludzi reformatorską zuchwałość i niewiadomość. Biskup Orleański ks. Dupanloup usiłował skłonić go do powrotu na łono Kościoła, ale bezskutecznie. O. Jacek porzuciwszy zakon został dotknięty klątwą większą i udał się do Ame­ryki. Europa zapomniała o nim, i ci którzy mu winszowali, i ci co nad jego upadkiem boleli, prze­stali o nim wspominać. Ale to snać nie odpo­wiadało widokom jego; takiego milczenia znieść nie mógł i sam je postanowił przerwać. Są lu­dzie, którzy pragną tego, by o nich mówiono, źle czy dobrze, mniejsza o to, byle tylko nie pomi­jano ich milczeniem – potrzeba im rozgłosu, sławy. O smutną tę sławę dopomina się obecnie ex-ojciec Jacek i mieć ją będzie, dopóki sam o sobie mówić nie przestanie, bo świat ważniejsze zajmują rzeczy, niż dogadzanie pysznej pretensji jednego ex-zakonnika.

 

Napisał tedy o. Jacek list do jednego z człon­ków parlamentu włoskiego, i odezwę do biskupów katolickich. W liście wyraża, że dawno pragnął, aby papież doczesnej władzy był pozbawiony, i aby duch Królestwa Włoskiego "przeniknął Watykan i pogodził Papiestwo z teraźniejszym społeczeń­stwem". "Co się zaś tyczy, są własne jego słowa, trudniejszego i potrzebniejszego jeszcze pojednania Dworu Rzymskiego z Ewangelią, Bóg sam dopeł­nienie tego przyjmie na siebie". List ten czy­tany na posiedzeniu parlamentu włoskiego w d. 26 stycznia r. b. wydrukowanym i ogłoszonym zo­stał w jego urzędowych aktach.

 

Chociaż ex-ojciec Jacek zostawił w tym liście Panu Bogu trud pogodzenia Dworu Rzymskiego z Ewangelią, jednak nie sądzi, iżby bez jego po­mocy udać się to mogło, i dlatego w dzienniku rzymskim la Libertà, redagowanym przez izraelitę Edwarda Arbib ogłosił Odezwę do Biskupów kato­lickich, którą tenże dziennik w dwóch numerach z d. 27 i 28 stycznia r. b. wydrukował, i za to został sekwestrowanym, lecz nieco za późno, gdyż wiele egzemplarzy już pierwej rozesłano. Odezwa ta naprzód oznajmia, że dogmat nieomylności pa­pieskiej jest bezbożnym dogmatem i że chrześcijanizm "przybrany został w formy uciążliwe i ze­psute". Potem parodiując pewną sławną książkę włoską przez papieża i autora którą ją napisał potępioną, mówi o Pięciu ranach Kościoła. A raną główną "raną serca", jak ją nazwał, czy wiecie co jest? Oto to, iż ojciec Jacek nie może mieć żony, czyli celibat kościelny "instytucja bez miło­sierdzia i bez moralności", jak ją ocenia.

 

Otóż Karol Loyson rozpocząwszy swój zawód komedią, chce skończyć na żonie. Niech mu tyl­ko żonę dadzą, a on jeszcze wróci i będzie zakon­nikiem, gdyż mówi, że wiary i stanu swego się nie zapiera, i wróci do niego, skoro Kościół po jego myśli zreformowanym zostanie.

 

Jeżeli smutną jest dla Kościoła utrata każdej duszy, a jeszcze duszy kapłańskiej; to z drugiej strony jakże pocieszającym, że do walki z nim stają zwykle ludzie, którzy zacząwszy od rzeczy w duchu niby wielkich, kończą zwykle na tym, co w naturze ludzkiej jest najniższym i najbardziej upokarzającym. Czyż to nie wyraźny dowód, że kto z pokorą pod święte posłuszeństwo prawu Bo­żemu ducha ugiąć nie umie, ten pozbawiony ła­ski pod własnymi namiętnościami upada. Niepo­dobna, aby człowiek tych zdolności co exojciec Jacek, nie mógł zrozumieć, jak nisko zeszedł i za­pewne samby to spostrzegł, gdyby wzrok duszy jego nie został już przyćmiony. Jest to powtarzająca się od początku kara upadku i zaśle­pienia, kara w zbuntowanym ciele za niekarność ducha.

 

Rozbierać i zbijać odezwy byłego ojca Jacka nie ma potrzeby; ona sama się zbija. Kto za­rzuca Kościołowi, że źle tłumaczy Ewangelię, że władzy nadużywa, że zmusza do celibatu, że się świecką polityką bawi, że jest zabobonnym czcząc świętych a szczególniej Najświętszą Pannę, ten nic nowego nie mówi, nic zgoła, co by po tysiąc razy powiedzianym i zbitym nie było, nic czego by Ko­ściół od dawna nie potępił. Znać, że biedny re­formator za mało wczytany był w teologiczną naukę, iż rzeczy tak oklepane stawia za coś nowego. Obiecuje on nieustawać, ale pracować wytrwale nad zreformowaniem Kościoła, lecz nie­stety, zbyt się spóźnił, gdyż dzisiaj nikt innej re­formy nie pragnie prócz tej, jaką władza kościel­na przeprowadzi, a której potrzebę sama uznała zwołaniem Soboru, i widać czuje się dość silną do jej dokonania, skoro ojca Jacka nie zaprosiła do współpracownictwa. Szczerze żałujemy, iż musimy chcąc być sprawiedliwymi, mówić w ten spo­sób o tym człowieku, którego zasługi głosić i cno­ty uwielbiać nierównie milej by nam było, bo nie przeczymy, że umysł jego Bóg darami swymi ubo­gacił, które przy dobrym użyciu mogły go zasłu­żonym Kościołowi uczynić, gdy teraz posługują mu tylko na to, iż wyraziściej przy ich pomocy sam swój upadek piętnuje. Bo i wreszcie czegóż on chce naprawdę. Reformy? Taką reformę, z jaką on dziś wstępuje, już Kościołowi nieraz propono­wano: już on miał nie z jednym takim Jackiem do czynienia, i wszystkich albo do uznania błędu doprowadził, albo ze społeczeństwa swego usu­nął. Ci ostatni stanęli zewnątrz Kościoła i refor­my dokonywali, znajdzie ich ojciec Jacek łatwo, jeśli się w historii rozpatrzy, po cóż więc robić na próżno to, co już przed nim zrobiono, co już go­towe, przeprowadzone i ze skutkami swymi przed oczami mu stoi. Jeżeli chce, aby Kościół cały za nim poszedł, to znowu za wiele pretensji a za ma­ło nauki, bo kto ją ma, to wie o tym, że żadna re­forma niemożliwa, i Kościół jej nie przyjął i nie przyjmie, prócz tej, która od jego prawej władzy pochodzi. Jeżeli chce cząstkę oderwać i z nią no­wą społeczność tworzyć, to lepiej od niego stan dzisiejszy umysłów racjonaliści i wolnomyślni poj­mują, którzy już mu wyraźnie powiedzieli, że dwie tylko przed nim są drogi, albo upokorzyć się, po­kutować, i do posłuszeństwa powrócić, albo rzucić się w objęcia absolutnej niewiary. Daj Boże, aby­śmy się mylili, ale podobno na tym ostatnim ten biedny ojciec zakończy.

 

––––––––––

 

 

Artykuł z czasopisma "Przegląd Katolicki", R. 1871, Warszawa 1871, ss. 136-138.

(Pisownię i słownictwo nieznacznie uwspółcześniono; przypisy nienumerowane od red. Ultra montes).

 

Przypisy:

(1) Zob. "Przegląd Katolicki" z r. 1869, str. 110.

 

(2) Zob. "Przegląd Katolicki" z r. 1869, str. 495 i 542.

 

(a) Obecny tytuł od red. Ultra montes; tytuł oryginalny w "Przeglądzie Katolickim": Jeszcze o O. Jacku.

 

(*) "Loyson Karol, zwany O. Hiacyntem, głośny apostata, ur. 1827 w Orle­anie. Za młodu pisał poezje. Wstą­piwszy do seminarium duchownego otrzymał święcenia 1851 r. Przez pewien czas był profesorem seminarium w Awinionie i Nantes, potem wikarym u św. Sulpicjusza w Paryżu. W r. 1862 wstąpił do Karmelitów, gdzie wnet jako wybitnego kaznodzieję wydelegowano go do kazań postnych w kościele Notre Dame w Paryżu. Kazania te robiły wielkie wrażenie i ściągały licznych słuchaczy. Po­częto w Loysonie wielbić drugiego Lacordaire'a. Uniesiony powodzeniem Loyson zapragnął naukę katolicką niejako wprowadzić na nowe tory i na swój sposób pogo­dzić dogmaty z prawdą historyczną. Temu zamiarowi dał wyraz w kazaniach 1868-9 r. Wygłoszone przy tej sposo­bności zasady jako niekatolickie zwróci­ły uwagę przełożonych zakonu i gene­rał zabronił mu dalszych kazań. Loyson wystąpił wówczas z zakonu i oznajmił, iż sprawę swoją oddaje pod sąd papieża i zebrać się mającego soboru.

Gdy Sobór Watykański ogłosił dog­mat nieomylności papieża, Loyson oświadczył się przeciwko temu i jawnie odstąpił od Kościoła, ogłaszając się starokatolikiem. W r. 1872 ożenił się i został proboszczem starokatolickiej gminy w Genewie. Je­dnocześnie jeździł po świecie z odczyta­mi, których początkowo słuchano uważnie, z czasem jednak niespokojna natura Loysona i ustawiczne przerzucanie się z przedmiotu do przedmiotu bez należytego pogłębienia naukowego, zrobiły mu opinię pustego gaduły. Wnet też wpadł w zatarg ze swoją gminą i musiał opu­ścić Genewę. Widząc milknący około swej osoby rozgłos Loyson postanowił wysu­nąć się znowu na widownię i w r. 1879 ogłosił założenie kościoła narodowego bez dogmatu nieomylności, celibatu księży i z językiem narodowym w liturgii. Nacechowanego widocznie reklamą przed­sięwzięcia tego nie uratowało pod­danie się biskupowi jansenistowskiemu (starokatolickiemu) w Utrechcie 1893 r., a gdy i tu zażądano odeń zasad ustalonych, w r. 1895 opuścił i ten kościół. Teraz począł już dawać ze siebie smutny widok na wpół obłąkanego reformatora re­ligijnego. Pokusił się m. in. o pogodzenie Koranu z Ewangelią i w tym celu założył «Alliance politique de la France avec Islam», a także «Alliance religieuse de l'Evangile avec Coran», i napisał książ­kę pt. France, Algerie, Christianisme et Islamisme, Paris 1895-go roku. Odtąd pokryło się jego lekceważące milczenie. Z innych jego prac wymienić należy: Materialisme et spiritualisme, Paris 1868; L'église cath. en Suisse, Geneve 1875; Ni clericeaux ni athées, Paris 1889 i Mon testament 1893. Książki te nie cieszyły się nigdy większą poczytnością". – Ks. Zygmunt Chełmicki (artykuł w: "Podręczna Encyklopedia Kościelna" opr. pod red. ks. Zygmunta Chełmickiego, K.–L., Tom XXIII–XXIV. Warszawa 1911, s. 414). – Przyp. red. Ultra montes.

 

© Ultra montes (www.ultramontes.pl)
Kraków 2007

POWRÓT DO STRONY GŁÓWNEJ: