Chrystianizm i Materializm

 

BP MICHAŁ NOWODWORSKI

 

––––––

 

Wszystkie wrogie chrystianizmowi doktryny: idealne, realne i realno-idealne, ustąpiły ostatecznie przed materializmem. Materializm stał się za dni naszych potęgą wielką, i ufny w tę swoją potęgę, do otwartego już wystąpił z chrystianizmem boju, do walki na śmierć lub życie. Widział jednak, że walki tej zwycięsko prowadzić nie zdoła w sfe­rze prawdziwej nauki i ścisłej myśli, przeto wy­drwił wszelką naukę, której skrzywić nie mógł do swojej służby, ścisłość logiczną rozumowania wy­śmiał jako scholastyczną staroświecczyznę, odezwał się do niskich chuci człowieczych, i przywłaszczywszy sobie prawo dalszego prowadzenia ludzkości po drodze postępu, wypowiedział chrystianizmowi w imię światła, nauki, rozumu, swobody i powsze­chnego szczęścia, nieubłagany bój na polu życia społecznego. I wmówił w swoich wiernych, że wszystko, czym się szczyci cywilizacja nowożytna, jego jest dziełem, że chrystianizm przeszkadza ziemskiemu szczęściu człowieka, stawiając mu marę pozaziemskiego żywota, że Kościół, jako tamujące dalszy pochód ludzkości rumowisko przeszłości, powinien być z drogi uprzątnięty i precz odrzu­cony. Sofiści tak skrzętnie około swego chodzili dzieła, tylu tajnych i jawnych, świadomych rzeczy i nieświadomych jej mieli popleczników, że obóz antychrystusowy wzmagał się ustawicznie. Całą wiedzę o stworzeniu, jaką zdobyły długie wieki pracy naukowej, obrócono przeciwko Stwórcy; dzieje przy pomocy sofistyki stały się spiskiem przeciwko Bogu. Sprofanowana nauka, sfałszowane dzieje zostały podstawami procesu, jaki zbunto­wany rozum człowieczy wytoczył Panu swojemu. W umysłach wielu osłabionych fałszem, proces ten został wygrany na rzecz zbuntowanego rozumu; tłum też ten mnogi, napółoświecony, nieustannie propagandą materialistowską nurtowany, zobojętniały w wierze, oglądający się wprawdzie jeszcze na tradycje przeszłości, obawiający się ostatecznych następstw doktryn, przyjętych przez siebie w za­sadzie, ale niemający ani ochoty ani odwagi pod­dania się pod wymagania prawa chrześcijańskiego, skłaniał coraz przychylniejsze ucho ku tym mi­strzom nowej mądrości, którzy ponętne dla pożądliwości ciała głosili zasady.

 

Kaznodzieje i pisarze chrześcijańscy walczyli niezmordowanie przeciwko coraz dalej posuwa­jącemu swe zdobycze materializmowi; wołali do wielkich i małych, do uczonych i nieuczonych; przestrzegali ludzi dobrej woli, aby się mieli na baczności, aby opierali się odrywającemu społe­czeństwo od Boga prądowi, którego końcem musi być ostateczny upadek moralny i ruina społeczeństwa.

 

Żarliwe kazania, uczone rozprawy przebrzmiewały bez skutku.

 

Z wysokości Kościoła od czasu do czasu dał się słyszeć głos surowej przestrogi, już to karcący towarzystwa tajne, spiskujące na wy­wrócenie chrześcijańskiego porządku społecznego, już to wytykający zgubne błędy czasu.

 

Na przestrogi te i upomnienia podniósł się z obozu antychrystusowego wielki krzyk oburze­nia i naigrawania. Oburzano się i naigrawano z głosu Zastępcy Chrystusowego, jako z głosu ciemności bezsilnej, pragnącej daremnie swymi zaklęciami powstrzymać postęp światła.

 

Ale niedługo rozległ się po wszystkich za­kątkach ucywilizowanego świata potężny głos fak­tów, usprawiedliwiający najzupełniej wyszydzane przestrogi i obawy. W stolicy świata ucywilizo­wanego, tam gdzie postęp materialny objawiał się w najwyższej swej sile, potędze, gdzie niedawno wspaniałe stawiano mu świątynie i wielkie jego dni święcono, zapanowali ludzie, którzy w imię tych haseł, jakie im podały doktryny nowożytne, z rozbestwieniem, do jakiego tylko człowiek upaść może, rzucili się na najświętsze prawa społeczne i na najświetniejsze pomniki cywilizacji.

 

Nie naszą jest rzeczą rozpatrywanie wszy­stkich przyczyn tego straszliwego ustępu dziejów; przyczyny polityczne pozostawiamy na boku, ale też w rzeczy samej podrzędną tylko grają one rolę w tym krwawym dramacie. Wytykamy tu tylko przyczynę jedną, ale najgłębszą, główną: odchrystianizowanie społeczeństwa przez materializm.

 

Wiemy, że bardzo wielu nauczycieli i wy­znawców materializmu potępiało energicznie dzikie zbrodnie Komuny paryskiej: przyznajemy im w tym zupełną słuszność, ale nie możemy przy­znać konsekwencji logicznej.

 

Od dawna mistrzowie ci łudzili tłumy obie­tnicami dobrobytu powszechnego, od dawna pobu­dzali ubogich przeciwko bogatym, niższych przeciwko wyższym. Literatura popularna w dzien­nikach, dzienniczkach i broszurach, szydziła z rzeczy najświętszych, a wraz z wiarą podkopywała znaczenie wszelkiej powagi społecznej: bunt przeciwko chrześcijańskiemu porządkowi społeczeństwa był już w umysłach wielu; nic więc dziwnego, że przy nadarzającej mu się sposobności wystąpił w czynie straszliwym, ohydnym.

 

Wzdryga się już nie chrześcijańskie tylko, ale człowiecze nawet uczucie na wspomnienie tych zbrodni, jakimi ostatnia rewolucja paryska na­znaczyła swe krótkie panowanie (a); ale w oburzeniu tym oczy nasze od uczniów zwracają się ku mistrzom, którzy niczego nie zaniedbali, aby takich ludzi przygotować społeczeństwu.

 

Niedawne to czasy, świeże jeszcze w pamięci, jak owi maleńcy mistrzowie, przybierając postawę wielkich mężów nauki, pisanym i żywym słowem, silili się w młodzież i klasy robocze wlać prze­konanie, że umiejętność nowożytna zrobiła to wielkie odkrycie i dowiodła jasno jak na dłoni, że nie ma ani Boga, ani duszy, że jest tylko materia, że człowiek jest jednym z rozlicznych prze­jawów materii, że myśl jest wydzieleniem mózgu, jak żółć wydzieleniem wątroby, że nie masz wol­nej woli, że uczynki wszystkie, dobre czy złe, są koniecznym następstwem ślepych niezależnych od człowieka przyczyn, że sumienie jest tak dobrze wyrobem materii, jak myśl, żółć i ślina.

 

Doktryny te nie są nowe; rozsiewano je już przed wielką rewolucją francuską, zebrano z nich też żniwo piękne; ale propaganda zeszłowieczna nie może wytrzymać porównania z potęgą propa­gandy tegoczesnej.

 

Zeszłowieczna propaganda szerzyła się przede wszystkim w wyższych warstwach społecznych; tegoczesna sięgała we Francji do najniższych warstw ludu; w warsztatach, restauracjach, ka­wiarniach, karczmach, za pośrednictwem swoich dzienników i broszur, ustawicznie napastowała ona religię, bluźniła Bogu, szydziła ze wszystkiego co święte, i budziła najbrudniejsze namiętności czło­wiecze. Raport urzędowy komisji drobnego han­dlu księgarskiego podaje, że na 9 milionów książek sprzedanych w miastach, miasteczkach i wsiach francuskich za pomocą roznoszenia, ksią­żek niemoralnych przed 1862 r. było osiem milio­nów! (1). Od tego czasu propaganda wzmogła się jeszcze silniej. Powstały specjalne pisma periodyczne dla szerzenia ateizmu jak: Morale independante, Libre Conscience, Libre pensée, Revue du pro­grès, Revue positive, Rive gauche itd.

 

Niektórzy z redaktorów tych dzienników zo­stali najczynniejszymi członkami Komuny.

 

Założyciele dziennika Libre Pensée w prospek­cie swoim 1864 r. najotwarciej zapowiadali, że zakładają dziennik dla szerzenia ateizmu i materializmu, a zarazem prosili ks. biskupa Orleańskiego "o klątwę na ten prospekt i na redaktorów" (2).

 

Ateizm poczynał być już środkiem reklamy.

 

Prasa wykwintniejsza, dzienniki i przeglądy przeznaczone dla klas wykształceńszych, nie tylko nie hamowały tej niebezpiecznej propagandy, ale same dla niej swoje otwierały kolumny.

 

Trucizna fałszu tysiącami strumieni wnikała w umysły.

 

Jak dalece materializm przyjął się pomiędzy młodzieżą francuską i robotnikami, pokazały dwa głośne swego czasu zjazdy: studentów w Liège, i robotników w Genewie; ówczesne mowy były wstępnym słowem do przyszłej Komuny. Do te­go przyszło, że robotnicy paryscy pytani o religię, z pychą odpowiadali, iż są pozytywistami.

 

Doktryny walczące tak zawzięcie przeciwko prawdzie, będącej najistotniejszą podstawą życia społecznego i postępu cywilizacji, musiały objawić się odpowiednimi skutkami i właściwe sobie przynieść owoce: krwawe rozdarcie życia spo­łecznego, negację wszelkiej cywilizacji, i cofnięcie człowieka do najniższego stopnia zezwierzęcenia.

 

Zamknęli Komunaliści i zrabowali kościoły, zamordowali spokojnych kapłanów, bo ich od dawna uczyła starszyzna literacka, że Kościół prze­szkadza do szczęścia człowieka, do rozkosznego życia na ziemi, że świat dany człowiekowi do użycia, zamienia na ponurą dolinę łez i pokuty. Zresztą, jak Komuna cierpieć mogła istnienie Kościoła, skoro jej ojcowie nauczali, że "sama idea Boga jest niepostępową", że "Boga jakiegokol­wiek uważać należy za nieprzyjaciela publicznego", że "idee zwane religijnymi, pod jakąkolwiek pokazujące się postacią, są przyczyną rozprzężenia w rodzinie i nieporządku w Państwie" (Revue du progrès 1864 r., str. 184). Wszakże już przed Komuną byli ludzie czynu, solidarni, wolni my­śliciele, którzy wiązali się w towarzystwa obowią­zujące do niewyznawania żadnej religii. Gdy ci ludzie czynu przyszli do władzy, literackie ich bluźnierstwa stały się aktami urzędowymi. Dekret Komuny na zamkniętych drzwiach parafialnego kościoła w Monmartre wywieszony, przypomina od dawna znane w literaturze tamtejszej frazesy: kościoły nazywają się tam "jatkami duchowego mordu" a księża "oszustami i ludźmi ciemności". Nie szanowała Komuna własności publicznej ani prywatnej, bo najdziksze od dawna podawano ludowi pojęcia o własności. Ubożsi łatwo dawali się przekonać, że są okradzeni przez bogatszych. Wszakże już na zjeździe Bazylejskim przed kilku laty oświadczyli zgodnie robotnicy francuscy i nie­mieccy, iż nie dbają o Boga, o Kościół i wiarę, że służyć będą każdemu, kto tylko zapewni im zniesienie własności.

 

Setki kobiet stanęły wespół z mężczyznami do zbrodniczych szeregów; powiadają nam nawet, że dzikością i okrucieństwem przewyższały one męskich swoich kolegów; wierzymy temu zupełnie, ale czyż od dawna nauczyciele moralności niezale­żnej nie uczyli, że niewiasta powinna wyzwolić się ze wszystkich uprzedzeń religijnych to jest, że wyzuć się powinna z wiary, ażeby być godną to­warzyszką mężczyzny; czyż propaganda niemoralna nie zdzierała z niewiasty wszelkiego niewieściego wstydu, wywabiając ją z zacisza rodzinnego życia, i wpychając w wir wszystkich namiętności, wstrzą­sających nowożytnym społeczeństwem?

 

Pożogą i mordem kończyli burzyciele swoje panowanie, bo ramienia ich zbrodniczego nie po­wstrzymywał żaden głos sumienia, żadna zasada moralna. I jak mogło być inaczej, skoro propagatorowie francuscy niczego nie zaniedbali na zagłuszanie sumienia w ludzie i podkopywanie wszel­kich zasad moralnych. Można łatwo wyobrazić sobie, jakim językiem przemawiali ludowi aposto­łowie materializmu, skoro filozof używający wiel­kiej powagi pomiędzy literatami francuskimi, w poważnym organie prasy paryskiej (Taine w Revue de deux Mondes 1862, 15 paźdz.) na dziewięć lat przed Komuną pisze: "Człowiek jest produ­ktem jak wszystko, i dlatego ma prawo być ta­kim, jakim jest. Wrodzona jego niedoskonałość jest równie naturalną, jak przejście zarodka w ro­ślinę. A gdy tak jest, występek jest produktem. A to co się nam zdaje zgwałceniem prawa, jest wykonaniem prawa". A dalej mówiąc o tych siłach nieprzepartych, koniecznych, produkujących przez człowieka cnotę lub występek, staje w obronie tego drugiego, i nie pozwala się nań oburzać, bo "któżby to śmiał oburzać się na geometrię żyjącą?". Ohydne więc zbrodnie Komuny podług tej teorii, a jest to teoria nie jednego człowieka, ale całej szkoły pozytywnej, wszelakiej doktryny materialistowskiej, były już naprzód usprawiedliwione; mordy i pożoga, jaką zionęła naokoło siebie, były produktem materii organicznej w człowieka komunalistę uorganizowanej, produktem takim dobrym jak każdy inny produkt, jak bohaterstwo żołnierza, jak poświęcenie świętego; były nie zgwałceniem, ale wykonaniem prawa. Filozofia pozytywna zawczasu osłoniła te zbrodnie i nie pozwala się na nie oburzać – bo któżby chciał być tak nierozsądnym, aby się oburzał na żyjącą geometrię!

 

Rozpatrując się w literaturze materialistowskiej naszych czasów, jeden z katolickich pisarzy naszych pyta w goryczy ducha, "czy to jeszcze są ludzie, co piszą podobne rzeczy. I nie dla żartu to mówimy, dodaje tenże pisarz, że gdyby można so­bie wyobrazić wilka lub małpę zdolne do pisania, nie wyższy ich byłby poziom umysłowy, a przede wszystkim nie inny cel ich pragnień. W którekolwiek czasy cofniemy się myślą, w jakąkolwiek epokę naj­głębszego ludzkości upadku, nie napotkamy nigdy podobnych bezeceństw. Żaden pogański Grek ni Rzymianin w periodzie zupełnego rozbestwienia się owych ludów, nie odważył się na coś podo­bnego". Dlatego też wprowadzone w życie te doktryny tak ohydnymi wydały się całemu światu, który nie stracił jeszcze chrześcijańskich uczuć.

 

Paryski dziennik Revue du progrès pisał przed kilku laty: "Nie ulega wątpliwości, że zwierzęta można porównać z człowiekiem pod względem umysłowym. Niektóre małpy posiadają nawet więcej rozumu; orangutang np. ma rozsądek bar­dziej rozwinięty niż człowiek żyjący w stanie na­tury z Van-Diemenu". Zwolennicy doktryny tego dziennika pokazali niedługo czynem, że człowiek w pośrodku Paryża żyjący dzikością swoją naj­dziksze zwierzęta przewyższać może.

 

Społeczeństwo europejskie wielką, opatrzną otrzymało przestrogę; szatański wybuch odkrył na chwilę przepaść, jaką gotuje społeczeństwu całemu nurtująca w nim propaganda materialistowska. Materialiści-literaci będą się z oburzeniem wypierać solidarności wszelkiej z materialistami Komuny, osobliwie też, gdy ta została zwyciężoną; ale wypieranie się takie w interesie własnym czynione, nie zaćmi oczywistego związku skutku z przyczyną. Nie przeczymy, że wielu z nich mogło uważać wybuch paryski za przedwczesny; wielu znów szczerze nie pragnęło wstrząśnień, na­ruszających ich błogi pokój, bo byli materialistami dobrze się mającymi, a nie materialistami ubogi­mi, ale my też tu nie mówimy o osobistym uspo­sobieniu tego lub owego materialisty, lecz o samej doktrynie, jako o prologu czerwonych dni Paryża.

 

Na zbrodnicze panowanie Komuny składały się lata antychrześcijańskiej propagandy.

 

Ex-karmelita bosy (b), głośny niegdyś kazno­dzieja paryski innego jest zdania. Nie byłby pysznym apostatą, ażeby nie miał skorzystać z okoliczności, i wobec dymiącego pożarem i krwią Paryża nie rzucić swego słowa na Kościół. Dzi­wne zaprawdę zjawisko: ludzie nader krańcowych przekonań, ale dobrej woli, w wybuchu paryskim uznali skutki ateizmu, pozbawiającego człowieka wszelkiej podstawy moralnej w życiu, i dlatego woła­ją o poprawę, o zwrot do wiary; człowiek zaś, który dziś jeszcze chce uchodzić za religijnego, odkrywa światu drugie jeszcze źródło a mianowicie Kościół! "Co do Kościoła, powiada ex-zakonnik, i ten nie zro­bił tego co powinien był zrobić dla praktycznego rozwiązania tych zadań". Jakich zadań? Wprzód mówił o samorządzie gmin oraz o moralnym od­rodzeniu klas robotniczych; więc dla tych to zda­niem jego zadań Kościół nic nie zrobił. Ale za­pomniał ex-kaznodzieja karmelicki, że do Kościoła nie należy urządzanie administracyjne gmin, ani regulowanie materialnych stosunków klasy roboczej; a co do odradzania moralnego tej klasy, toż wła­śnie w tej pracy ustawiczną a ciężką ponosić musiał walkę z liczną falangą żarliwych pro­pagatorów ateizmu. "Zamiast obietnic i nauk ewangelii dla wydziedziczonych tej ziemi, pi­sze dalej ex-kaznodzieja, zapuszczano się w hałaśliwe echa prasy, zapuszczano się w gwałto­wne rozprawy". Dziennikarstwo katolickie we Francji musiało być małoznaczące wobec potężnej prasy antychrześcijańskiej; dla ex-kaznodziei je­dnak i tego było za wiele, choć sam skwapliwie słowa swoje puszcza na wszystkie echa prasy; dziennikarska obrona chrystianizmu przeciwko co­dziennym napaściom pisarzy bezbożnych tak go drażni, że nie widział już poza nią ogromnej, żar­liwej pracy pasterskiej duchowieństwa francuskie­go. Ex-karmelita poszedł drogą wręcz przeciwną pierwotnemu jego powołaniu, bo drogą pychy, i dlatego zaszedł tak daleko w swym zaślepieniu; koniec jego listu daje do zrozumienia światu, że Kościół jest odpowiedzialny za ostatnie zbrodnie paryskie, że on winien, iż lud paryski nie ma Boga, że on sprawił, iż lud ten "w Boga nie mógł uwierzyć a przede wszystkim Go ukochać".

 

Gdyby ex-karmelita był powiedział, że pewna część kapłanów niespełnieniem swoich obowiąz­ków, brakiem gorliwości i grzechami swojego życia zaszkodziła sprawie Chrystusowej, i tym spo­sobem pośrednio ułatwiła wrogom prawdy i po­rządku ich dzieło fałszu i zniszczenia, zdanie jego mogłoby być bolesne dla duszy katolickiej, lecz nie byłoby przeciwne prawdzie, znanej zresztą dobrze. Ale w piersi dumnego ex-zakonnika za­nadto gorące wrą namiętności, ażeby mógł utrzy­mać się na drodze sprawiedliwego sądu; dla tego, który zakrwawił boleśnie pierś matki swojej Ko­ścioła, potrzeba było na tę matkę, na ten Kościół, rzucić słowo krwawej zniewagi, i ohydną plamę dopatrzeć na tej przeczystej Oblubienicy Chrystu­sowej, o której Duch Święty mówi, iż cała jest pię­kną, i plamy w niej nie ma.

 

Gdy pod ciosami barbarzyńców północy wa­liło się stare imperium rzymskie, sofiści ówcześni nie chcieli przyczyny niemocy państwa i klęsk na nie spadających widzieć w moralnym upadku społeczeństwa rzymskiego, lecz upatrywali je w chrystianizmie. Gdy nowi, gorsi od dawnych barbarzyńcy, ze szkoły materialistów się wynurza­jący, grożą zupełną zagładą cywilizacji chrześcijańskiej, głos sofisty wskazuje znowu na Kościół jako na winowajcę. Różnica tylko ta, że wówczas poganie szkalowali obcą sobie nieznaną religię, której siła cywilizacyjna i ożywcza w społeczeń­stwie nie była jeszcze stwierdzona długą próbą wieków; dziś słowo oskarżenia i zniewagi wyszło od apostaty, który niedawno był apologetą Ko­ścioła. Potwarz więc dzisiejsza nierównie cięższej złości i większego zaślepienia nosi znamię niż ówczesna.

 

Choćby więc do słowa ex-zakonnika przyłą­czył się cały chór materialistów, pozytywistów i ateuszów, słowo to przebrzmi jak dźwięk marny. Komuna przestrzegła społeczeństwo, z jakiej szkoły jego wróg pochodzi, i gdzie szukać prze­ciwko niemu ratunku.

 

Ks. M. N.

 

––––––––––

 

 

Artykuł z czasopisma "Przegląd Katolicki", 1871 r. Dnia 6 Lipca, Warszawa, Nr 27, ss. 417-421.

(Pisownię i słownictwo nieznacznie uwspółcześniono).

 

Przypisy:

(1) Niebezpieczeństwo religijne ks. Dupanloup, patrz "Przegląd Katolicki" 1867 r., str. 800.

 

(2) Niebezpieczeństwo religijne, tamże, str. 799.

 

(a) Zob. Małpy w akcji! (Komuna Paryska 1871 r.) (Przyp. red. Ultra montes).

 

(b) Zob. Od teatru do apostazji. Odstępstwo Karola (Przyp. red. Ultra montes).

 
© Ultra montes (www.ultramontes.pl)
Kraków 2007

POWRÓT DO STRONY GŁÓWNEJ: