Paray-le-Monial

 

–––––––––

 

Na czasy zastygłej miłości, (refrigescet charitas multorum), pozostawił Pan Bóg Kościołowi swemu nabożeństwo do Najświętszego Serca Zbawiciela, aby przez nie pobudził nie tylko do uczuć, ale i do czynów miłości. Szybko się cześć tego Boskiego Serca upowszechniła i wydała dzieła już wywierające wpływ znakomity w Kościele. Cichy to wpływ, jak ciche Serce jego źródłem będące, niemniej jednak jest rozległy i głęboki. Już pod hasłem tego Najświętszego Serca zawiązało się kilka pobożnych bractw i stowarzyszeń, jak bractwo Serca Jezusowego, bractwo Straży honorowej tegoż Najświętszego Serca, ale ze wszystkich zdaje się być najczynniejszym bractwo, pod nazwą Apostolstwo modlitwy. Posiada ono pismo miesięczne pod tytułem: Le Messager du Coeur de Jésus, które liczy już dziewiąty rok istnienia swego w języku francuskim, a pod odpowiednim też tytułem wychodzi ono także w języku niemieckim, włoskim, hiszpańskim i angielskim. We Francji Różaniec modlitwy obejmuje 180 tysięcy osób, a bractwo rozszerzyło się nie tylko w Europie i Ameryce, lecz i po wszystkich misjach, nawet w Kochinchinie. Klasztory, parafie i szkoły, przystąpiły do apostolstwa modlitwy, którą wspierają prace misjonarzów i biorą udział we wszystkich troskach, nadziejach, trudach i tryumfach Kościoła. Le Messager podaje liczne łaski, otrzymane za pośrednictwem modłów tego bractwa i ciągły wzrost jego we wszystkich pięciu częściach świata.

 

Początek tej działalności wyszedł ze skromnego klasztoru Sióstr Nawiedzenia Najświętszej Panny u nas Wizytkami zwanych, w Paray-le-Monial we Francji, gdzie Zbawiciel wybranej Oblubienicy swojej, zakonnicy tegoż klasztoru, błogosławionej Małgorzacie Marii Alacoque, raczył się objawić i rozszerzenie nabożeństwa do swego Boskiego Serca zalecił (a). Nic więc dziwnego, że dzisiaj w czasie takiego przestronnego rozwinięcia się czci ku Najświętszemu Sercu, klasztor w Paray-le-Monial katolików interesuje i jest celem pielgrzymek jednych umyślnie tam przybywających, a drugich zbaczających do niego gdy się w okolicy znajdują.

 

Pod względem jednak zewnętrznym, np. artystycznym, klasztor w Paray-le-Monial niczym się nie odznacza, chyba tylko pięknym położeniem pośród łąk najpiękniejszych: ale za to wewnętrzna jego strona, strona historyczna ma swoją świetność, której pierwszorzędną gwiazdą jest bezwątpienia błogosławiona Małgorzata Maria Alacoque. Jest to z kolei założenia dwudziesty szósty klasztor zakonu Nawiedzenia, a fundacja jego przypada na rok 1626. Jak zaś liczba klasztorów tej reguły szybko w owym czasie, to jest w wieku XVII wzrastała, wnieść stąd można, że kiedy do Polski pierwszy raz na fundację wyjeżdżały Wizytki w roku 1654, miały już we Francji, w Sabaudii, Szwajcarii i Piemoncie sto dwadzieścia cztery klasztory, a zatem klasztor w Warszawie był z kolei sto dwudziesty piąty, zaś Lubelski w roku 1723 fundowany był sto pięćdziesiątym czwartym. Jednakże tak szybkiego wzrostu, jak pomiędzy r. 1626 czyli fundacją w Paray-le-Monial, a fundacją warszawską roku 1654, żaden zakon nie przedstawia, wyjąwszy chyba Siostrzyczki ubogich, które w niespełna trzydziestu latach rozszerzyły się po Francji, Belgii, Anglii, Hiszpanii i Ameryce.

 

W roku więc 1626 kilka panien w mieście Paray-le-Monial, zapragnęło służyć Bogu w klasztorze Nawiedzenia, prosiły przeto margrabiny de Ragny, pani pobożnej, która przed dziewięciu laty fundowała w Paray dom OO. Jezuitom, aby im dopomogła do sprowadzenia i ufundowania Wizytek. Jakoż zwrócono się do klasztoru Liońskiego, pierwszego jaki wyszedł z głównego gniazda, to jest z Annezjum, prosząc o przysłanie zakonnic; wnet przybyły i kupiono im dom w Paray. Pierwsza osada tych zakonnic wynosiła osób pięć i przyjęta była z wielką radością mieszkańców, ale szczególniej panien miejscowych i okolicznych. Jakoż ze wszystkich stron tyle ich przybyło z prośbą o przyjęcie do klasztoru, że w cztery lata liczba profesek doszła do trzydziestu trzech, to jest do liczby najwyższej z jakiej zgromadzenie w Paray mogło się składać.

 

Ciekawe ma początki to zgromadzenie. Między pannami przybyłymi znajdowała się jedna, której serce, jak wydane przez zakonnice Nawiedzenia wiadomości z roczników klasztornych wyjęte, mówią, chciało się zadowolić czymś mniejszym niż Bogiem; osoba ta szukała tylko czasowego schronienia w klasztorze. Miała lat szesnaście, pełna pychy i cała wzruszona nie chciała nawet słuchać Sióstr, pragnących jej serce uspokoić. Przełożona taką ją otoczyła miłością, że owo próżne a zranione serce uciszyło się pomału, zwróciło się do Boga i zapragnęło służyć Mu w pokornym welonie Chrystusowej Oblubienicy, gdzie zajaśniała i piórem, i wielkim wpływem na swą rodzinę, a przez nią na wypadki współczesne.

 

Wówczas oceniano najwyżej pomoc i dobrodziejstwa duchowne, tak jak się dzisiaj ocenia pomoc i dobrodziejstwa materialne. Ponieważ zakonnice Nawiedzenia rzeczywiście wiele dobrego dla dusz czyniły, wiek siedemnasty rozumiał ten rodzaj miłosierdzia i był wdzięcznym za nie; tym się też tłumaczy wzrost klasztorów z celem duchownym niewydatnym na zewnątrz. Dzisiaj o rzeczy duchowne nam nie idzie, interes to z najmniejszych najmniejszy, i świat nie wie na co się takie zgromadzenia przydać mogą, które społeczeństwu materialnie nic nie produkują.

 

Mury klasztoru w Paray-le-Monial wznosiły się powolnie w miarę przybywających środków, a przełożone (1), ani się domyślały wówczas, jakie rzeczy cudowne i wielkie dziać się w nich będą. Wzniesiono kościół, chór zakonny i kratę od sanktuarium oddzielającą, przy której błogosławiona Małgorzata Maria usłyszała owe zadziwiające słowa: "Oto serce, które tak ukochało ludzi, że się aż wyczerpnęło i zniszczyło na dowód miłości ku nim". W tych murach Zbawiciel objawił swą wolę, aby ustanowione zostało święto Najświętszego Serca Jego i sam naznaczył na to piątek po oktawie Bożego Ciała. Zbudowano i tę infirmerię w której Błogosławiona umarła i tę salę, w której do nowicjuszek przemawiała wykładając im czego Serce Najświętsze wymaga, i gdzie po raz pierwszy dnia 20 lipca 1685 roku, jeśli nie ku czci publicznej, to przynajmniej ku wspólnej, wystawiony był obraz Serca Jezusowego, przed którym temuż Sercu żarliwa mistrzyni ofiarowała się i oddała wraz z siedmiu nowicjuszkami. Wtedy także i ową niszę zrobiono, z której r. 1687 powstało oratorium Serca Najświętszego, a które siostry własnymi rękami umalowały i przybrały. Obmurowano i ogród, a może i ten gaik leszczynowy zasadzono, który Błogosławiona nazwała miejscem łask, bo ją tu Pan zatrzymał, a chcąc się z nią dłużej rozmówić zwolnił ją od posłuszeństwa, przez które obowiązana była pilnować oślicy z oślątkiem, a za których dobre zachowanie się poręczył.

 

Roczniki klasztorne mówią, że "skoro budowę klasztoru ukończono i wszystko urządzono, wtedy otwarły się drzwi kościoła i wszedł Król miłości do kochanego klasztoru w Paray i wprowadził swą ukochaną". Taki tytuł dają ubogiej panience i Verosvres parafijki w okolicy położonej. Jej życie upływało zawsze w upokorzeniu, prześladowaniu, w pozbawieniu jej praw najsłuszniejszych, a prócz tego w cierpieniach jakie jej sprawiała choroba. Nie przychodziła tu ona jednakże szukać spoczynku, lecz ją prowadził szczególny pociąg, w którym żadnej o sobie myśli nie miała. Od dawna wzdychała do świętości, ale z początku pod wpływem młodości, świata i skłonności natury chciała być tanim kosztem świętą; przerzucała często Żywoty Świętych i szukała wzoru jak najłatwiejszego do naśladowania. Tego nie znalazła i byłaby się zniechęciła, gdyby jej Pan nie wsparł. Był jej też mistrzem w opuszczeniu, w jakim na wsi żyła pozbawiona wszelkiej duchownej pomocy: a w chwilach pokusy i walki często jej przypominał, że ją chce mieć tylko dla siebie samego. Ukazując jej przecież taką chwałę nie ukrywał jakim kosztem dojść do niej należy; żądał całej woli Małgorzaty, całego jej serca Pan Jezus dla siebie. Ona chciała się Panu oddać, wiedziała co to za chwała, ale i dla siebie coś chciała zostawić, trudno jej się było oddać całkowicie i bezwarunkowo. Pomnożyła wtedy ofiary i umartwienia, chcąc zaspokoić swego Pana, ale Mu się całkowicie nie oddawała. Jednak odważne wykonywanie tych surowości wzmacniało ją i podniosło do tego stopnia zaparcia, jakiego Pan po niej wymagał. Dusze prawdziwie pobożne, zdolne są do wszelkiej ofiary, ale zaparcie się całkowite siebie samego zawsze jest dla natury ciężkie; toteż Błogosławiona nasza nieraz sądziła, iż pod tym ciężarem ulegnie, że będzie się musiała zrzec wielkiej nagrody. Wszystko też zdawało się na to składać, aby drogą zwyczajną poszła; nie tylko trudności obranego zawodu, bojaźń cofnięcia się, ale i położenie jej matki ubogiej wdowy, której materialne interesy tak stanęły, że się zdawało, iż Małgorzata jest jej koniecznie w domu potrzebną. Ale Pan na to wszystko nie uważał, chciał aby we wszystkim zdała się na Jego wszechmocność i miłosierdzie i tym sposobem obowiązki swe zgodziła z Jego wolą i wezwaniem. Nie opierała się też Małgorzata a Pan dobrotliwy rzeczy najsprzeczniejsze tak pogodził, że swoją ukochaną zostawił przy zasłudze ofiar, a rany jej uzdrawiającym balsamem opatrzył.

 

Kiedy się już Małgorzata całkowicie oddała w ręce Boskiego Oblubieńca, nie wiedziała jeszcze gdzie ją chce umieścić. Przeznaczano jej w rodzinie różne zakony okoliczne, lecz zdecydować się nie mogła; gdy jej Wizytki wspomniano, przystała, poczęto wtedy klasztory proponować, mianowicie Mâcon i Charolles, ale wstręt jakiś czuła, dopiero skoro wymieniono Paray, uczuła, że serce jej radośnie bić poczęło. Udała się tam ze swoim bratem prosić o przyjęcie. Oblicze jej jaśniało, ubrała się ładniej niż zwykle, tak, że z niej żartowano. Skoro tylko do rozmównicy klasztornej w Paray przybyła, zaraz powiedziała bratu, aby o wszystko się ułożył, gdyż ona już stąd gdzieindziej nie pójdzie. Przy ostatnim jednak wyjściu do klasztoru, kiedy więcej już do rodziny nie miała wracać, natura stanęła ze swymi prawami i trzeba jej było gwałt zadać, ale Boże wezwanie przemogło, uczyniła więc i tę ostatnią ofiarę.

 

Od wejścia do klasztoru historia błogosławionej Małgorzaty Marii Alacoque jest tylko historią zaprowadzenia nabożeństwa do Serca Jezusowego, jest to historia łask i objawień nadprzyrodzonych. Opatrzność jak naprzód urządziła miejsce, w którym miała się cześć Serca Najświętszego rozpocząć, tak też przygotowała i sam zakon, w którym miała być ta cześć objawioną. Święty Franciszek Salezy od początku założenia tego zakonu uważał, że Siostry Nawiedzenia właściwie mówiąc, miały być siostrami Najświętszego Serca Jezusowego. W początkach zaraz kiedy nowy zakon składał się dopiero z pięciu osób, święty biskup rzekł: "Zdaje mi się, że nasz dom Nawiedzenia z łaski Bożej jest tyle szlachetnym i znakomitym, iż może mieć swój herb, tarczę, dewizę i hasło", i opisał herb jaki mu nadał: "jedno serce przebite dwoma strzałami, okolone koroną cierniową; mające na sobie wypisane imię Jezus i Maryja, a krzyż na wierzchu". Według tego przepisu cały zakon Nawiedzenia przyjął godło, które nade drzwiami klasztorów rzeźbiono, a nawet zamieszczono ten herb w herbarzu francuskim.

 

Nie mamy zamiaru opowiadać tutaj ciekawych szczegółów żywota błogosławionej Małgorzaty Marii Alacoque, już kilka jej żywotów napisano, chcemy tylko zwrócić uwagę na książkę wydaną przez zakonnice w Paray-le-Monial w dwóch tomach pod tytułem: Żywot i dzieła błogosławionej Małgorzaty Marii Alacoque (2). W dwóch tych tomach objęto pisma Błogosławionej, z których wiele dotąd nie było wydanych, i innych, które zostały starannie porównane i sprawdzone z rękopisami zachowanymi w archiwum klasztornym.

 

Languet ogłosił wprawdzie żywot Błogosławionej przez nią samą napisany, ale z tą swobodą, jakiej sobie za jego czasów pozwalano. Uszanowano wprawdzie dzieło w gruncie, ale styl i wyrazy już nie są też same; zdania porozdzielane i porządnie ułożone nie dają już pojęcia o tej gwałtowności pióra, ustępującego pod posłuszeństwem, a unoszonego wewnętrznym uczuciem; tego stylu, który się sam przez się tworzył, a miał właściwy sobie urok i pomimo szybkości wdzięk szczególny zachował. To dzieło, które teraz wyszło, daleko więcej ma wdzięku, szczególniej zaś podobają się listy Błogosławionej. Dotąd znaliśmy ich tylko trzydzieści jeden, teraz ich jest sto trzydzieści trzy; ułożono je chronologicznym porządkiem, gdyż takim sposobem wzajemnie się wyjaśniają i tłumaczą, jak mówią wydające które dodają: "Dopókiśmy nie rozczytały się w listach naszej najmilszej Siostry, znałyśmy ją niedokładnie. Tylko te listy pokazują wewnętrzną jej stronę; są one portretem przez nią samą odmalowanym".

 

To samo już więc zaleca tę publikację. Lecz przytoczymy jeszcze ustęp z przedmowy wydawczyń: "To apostoł Serca Jezusowego pisze. Nigdy się ona nie utrudzi mówieniem o Nim, a jeżeli mamy sądzić po wrażeniu jakiego same doznałyśmy, to nigdy także nie można się zmęczyć, gdy się jej słucha. Korespondencja Małgorzaty Marii, nade wszystko z pięciu ostatnich lat jej życia (są to lata, w których najwięcej pisała i najwięcej też z tego czasu pomników zostało), przedstawia historię rozszerzenia się czci Najświętszego Serca". Te wiadomości bardzo się do historii przydadzą: ale w listach owych jest jeszcze coś więcej. Ta która je dyktowała, miała za cały horyzont Kalwarię, Eucharystię i Serce Jezusa; a u stóp Przybytku Pańskiego ukryta, stamtąd tajemnicze sprawowała apostolstwo. Listy jej, przemawiające do dusz o poświęceniu, ofierze, wyniszczeniu się i miłości były narzędziem łaski i miłosierdzia Odkupiciela. "Oby mogły, mówią kończąc przedmowę wydające, oby mogły ponowić te wrażenia, jakie wywierały na tych, którzy je po raz pierwszy czytali!".

 

Pożyteczność tego zbioru jest więc dostatecznie wykazaną. Listy pisane są do zakonnic Nawiedzenia, mieszkających po innych klasztorach. Notatki dla sióstr nowicjuszek, lub niektórych zakonnic w zgromadzeniu, także bardzo są zajmujące, można o nich toż samo powiedzieć, co powiedziały wydawczynie o listach. Są przy notatkach jeszcze teksty kilku nauk, jakie Błogosławiona miała do nowicjuszek; są i modlitwy, wynurzenia się, kontemplacje i uwagi o Sercu Jezusa, słowem rozmaite skarby i zasiłki dla pobożności; i przyznać należy, że w wydaniu tych dokumentów na widok publiczny, zakonnice z Paray-le-Monial wiernie się zastosowały do woli świętego swego fundatora, który bardzo słusznie polecił swym córkom, aby nie obawiały się bliźnim pokazywać trochę obfitości ze swego małego skarbca.

 

Pobożne i sumienne wydawczynie powiadają jeszcze o listach: "Będą one miały jeszcze więcej wdzięku, kiedy się pozna zakonnice do których były pisane, dlatego dołączamy kilka historycznych szczegółów". Te szczegóły są bardzo cenne. Matka Chaugy dała im początek i ciągle jej tradycja utrzymuje się w zakonie. Ona je spisywać zaczęła. Jest to ta sama, o której przybyciu do Paray-le-Monial w celu ukrycia się z obrażonym i zbolałem sercem a potem o oddaniu się w zakonie na służbę Bogu wspomnieliśmy wyżej. Dowodem tego jak wielką położyła zasługę w spisywaniu szczegółów dotyczących historii i osób zgromadzenia, jest dzieło, które wydają teraz Wizytki z Annezjum pod tytułem: Święty rok zakonnic Nawiedzenia Najświętszej Panny (3). Dzieło to ma zawierać dwanaście tomów, siedem już wyszło. Jeżeli korespondencje błogosławionej Małgorzaty Marii Alacoque są zajmujące, ileż interesu dla czytelnika przedstawiać muszą osoby z którymi ona żyła, jakże to ciekawe być musi. Z tego to względu, szczególniej szacowne są wiadomości o zakonnicach z Paray. Znajdują się one zebrane w tym tomie dzieła, o którym dotąd jeszcze nie wspomnieliśmy, a w którym główną częścią jest żywot Błogosławionej, napisany przez jej współczesne. Te współczesne są zarazem i jej rodaczkami, pochodzącymi z tejże samej okolicy: mianowicie Franciszka Rozalia Verchére i Petronella Rozalia de Farges. Gdy weszły do klasztoru w Paray, miały to szczęście, iż się dostały pod kierunek Błogosławionej, bo ona wtedy była mistrzynią nowicjuszek, a później przyjęły ostatnie jej tchnienie, na ich bowiem rękach, jak sama przepowiedziała na wiele lat pierwej, umarła 17 października 1690 r.

 

Słodką jest śmierć świętych. Petronella Rozalia de Farges, jakkolwiek strapiona utratą kochanej mistrzyni, nie mogła się obronić jakiejś radości i szczęściu, którego na widok jej śmierci doznawała, i pobożnością wiedziona, wnet zaczęła zbierać rozmaite szczegóły z jej życia. Te matki pod których kierunkiem Błogosławiona w klasztorze zostawała, dostarczyły jej wiele wiadomości, a nawet własnoręcznie spisały, co wiedziały i czuły; mianowicie Pamiętnik matki Greyfié jest arcydziełem pięknego wysłowienia. Franciszka Verchére także się do tej pracy przyłożyła, wspomnienia uporządkowała, związała je w opis mogący posłużyć ku nauce i zbudowaniu zakonnic Nawiedzenia. Później kiedy szło o wydanie żywota Małgorzaty Marii na publiczny widok, Pamiętnik współczesnych poszedł pod krytykę rozmaitych matek, które Błogosławioną znały i posłużył do pracy Langueta. Łatwo odgadnąć charakter opowiadania współczesnych, ma prostotę wielką, szczerość, naiwność i obfitość, nie przedstawia innej sztuki jak tę, którą matka Chaugy do zakonu Wizytek wprowadziła, to jest żywość opowiadania i opisy prawdziwie pełne wdzięku.

 

Żywoty świętych potrzebują także sztuki; hagiografia ma na to prawidła, a najważniejszym jest, aby świętych przedstawiać miłymi, chociaż właściwie mówiąc nie jest to reguła, ale dar i przywilej samychże świętych. Lecz z tego względu rzecz biorąc łatwo poznać, że błogosławiona Małgorzata nie mogła lepszych historyków znaleźć, jak we Franciszce Rozalii i Petronelli. One tak kochały swoją heroinę, tak im szło o jej chwałę; tak naciskały biskupa z Soissons, aby usunął przeszkody do procesu informacyjnego o życiu Błogosławionej: i kiedy ten biskup wahał się z podpisaniem książki żywot jej opisującej, a pełnej cudów, ze względu na złe czasy, w których duch filozoficzny panował, Petronella de Farges napisała do niego po prostu: "Bóg Ojciec zniósł to, że imię Jezusa Syna Jego umieszczono nad krzyżem, to i Wasza Wielkość nie powinieneś odmawiać postawienia imienia swego na czele książki, chociażby za to krzyż i utrapienie jakiekolwiek spaść na Cię miało". Współczesne więc, jak je Wizytki nazywają, ten tylko cel miały, że chciały dać poznać Błogosławioną i cudowne objawienia jej udzielane. Swą prostotą wyjaśniają wiele szczegółów sprzecznych lub ciemnych u innych autorów, którym chodziło o wykazanie przyczyn każdej rzeczy. Piszą one z miłością i szczegółów się nie boją; nie myślały być nigdy historykami klasztoru, ani opisywać innych sióstr z żywotem Błogosławionej w związku będących, zaledwie wspominają o nich; ale brak ten zastępują wiadomości umyślnie do dzieła o Siostrach innych dodane. Są to ciekawe szczegóły, a znajdują się w klasztornych rocznikach, których Rok święty jest zbiorem. Przytoczymy o powołaniu niektórych towarzyszek naszej Błogosławionej wiadomości pouczające, że nie zawsze we własnym wyborze objawiało się powołanie zakonne, że często wola rodziców, lub inny wpływ był jego wyrazem. Niektórych serce tak jak matki Chaugy chciało się zadowolić czymś mniej niż Bogiem, i dopiero w klasztorze dopełniła się miara ich powołania. Jedna chodziła koło murów, myślała jakby przez nie przeleźć i gorzko sobie powtarzała: – Nie, nigdy za nie nie przejdziesz! Mimo jednak takiego wstrętu natury, powołanie miała prawdziwe i stałe, a chociaż mogła klasztor opuścić drzwiami, nie przez mur wychodząc, jednak za żadną cenę opuścić go nie chciała.

 

Powołanie innych wystawione było na daleko cięższe próby, ale też i łaski za to nadzwyczajne odbierały. Miłosierdzie Boże zdaje się jakby się uwzięło na niektóre dusze, co je oddalają od siebie. Siostra Anna Aleksja de Maréchalle jest tego dziwnym przykładem. Miała rodzinę hugonocką. Ojciec szlachcic, posiadający zamek w pewnej od Paray odległości, nawrócił się, ale ożeniwszy się, powtórnie znowu wiary odstąpił, w głębi jednak duszy jej się nie zaparł, chciał znowu wrócić i dzieci wychować po katolicku, żona zawzięta hugonotka nie pozwoliła na to. Po jego śmierci sama się nawróciła, ale córki napojone przez nią nienawiścią do katolicyzmu naśladować jej nie chciały: aby więc najmłodszą z pod ich wpływu usunąć, oddała ją do klasztoru w Paray, lecz musiała użyć podstępu. Skoro Anna Aleksja mająca lat trzynaście, bo to ona właśnie była, spostrzegła, że ją matka w klasztorze chce zostawić, poczęła krzyczeć i protestować, że papistką nie będzie: Utnij mi głowę, wołała, utnij mi głowę, to wolę, ale nie zostawiaj mię między tymi wilkami i diabłami w klasztorze!

 

Biedne to dziecko miało kilka krewnych zakonnicami, ale ich starania nie zdołały uspokoić serca mającego katolików w obrzydzeniu. Myślała o tym, jakby się z klasztoru wydobyć, ale łaska zmiękczyła ją, poczęła iść za głosem prawdy i z wielkim szczęściem swoim, a z oburzeniem swoich sióstr hugonotek nawróciła się. Nie pokazały one jej co czuły, owszem pieściły ją, a korzystając z tego, że dojrzały w niej nieco wstrętu do spowiedzi, dały jej do czytania hugonocki katechizm obiecując, że z niego się oświeci. Ale to czytanie sprowadziło na nowo w jej duszę ciemności, z których już się raz oswobodziła, wstręt do wiary znowu się w niej obudził, i w sercu się jej wyparła, papizm na nowo znienawidziła i bardziej jeszcze jak przedtem o ucieczce myślała. I łatwiej byłoby jej to przyszło niż pierwej, gdyż zakonnice po nawróceniu jej nie spodziewały się tego. Ale łaska czekała na Annę Aleksję, i gdy przyszło do zdecydowania się, tryumf odniosła. Anna Aleksja poszła do przełożonej i wyznała jej swój stan duszy, a ta oddała ją pod szczególną opiekę błogosławionej Małgorzacie, której staraniom i troskliwości przyznawała później Anna Aleksja de Maréchalle te dary i łaski, jakie otrzymała od Boga, a szczególniej dar powołania do zakonu Wizytek.

 

Niekiedy znowu łaska Boża przygotowuje z daleka i w odległości powołanie. Wtedy gdy błogosławiona Małgorzata jeszcze w domu rodzicielskim wahała się w powołaniu, była w Paray panna z dobrego domu, bardzo piękna i bardzo rozumna, ciesząca się tryumfami jakie jej próżność odnosiła. Była, mówiąc językiem ulubionym w teraźniejszych opisach, gwiazdą całej okolicy, której blask aż do Lionu dochodził, dokąd często jeździła i bawiła dość długo. W mieście tym w siedemnastym wieku przebywał świat elegancki, a Maria Rozalia de Lyonne jaśniała w nim pięknością i zajmowała swym towarzystwem. Grzeczna, ale z dumą, ściągała do siebie wielbicieli, ich liczby wcale to nie zmniejszało, iż była przyszłą dziedziczką dóbr wielkich. Gdy w Lionie bawiła, zawsze ktoś urządzał świetne zabawy, tak, że zdawało się, jakby na jej widok przyjemności same powstawały: była wśród nieustannych tryumfów. Nie szukała wyraźnie hołdów, jakie jej składano, gdyż jak naiwne rocznikarki mówią: "nie można jej wyrzucać pewnego Pójdźcie do mnie, rozlanego w całej jej pięknej osobie: a nie było w tym sztuki, gdyż ona nie pragnęła ani się podobać, ani niczyich oczów zwracać na siebie": jednak pozwalała sobie służyć i podziwiać się. Wpośród przecież tego wszystkiego, wewnętrzne uczucie pokazywało jej czczość tych świetności; po powrocie z najpiękniejszej zabawy na której sobie największe przyjemności obiecywała, nie mogła się powstrzymać, aby sobie w sercu nie powiedziała: Nie, to jeszcze nie to! Wyobraźnia i pragnienia wyrywały się z tego co było możliwe i wzdychała za tym, czego jej ludzie dać nie mogli. Ale w tym całym przesycie nie straciła smaku do wyższych rzeczy, i odzywała się w jej sercu gorąca miłość ubogich, a pomimo niedorzecznych maksym, jakie w towarzystwach krążyły, pomimo oddania się światu i próżności, pomimo dogadzania kaprysom mody, panna de Lyonne, tak, jak jej współcześni, wykonywała wszelkie obowiązki i praktyki pobożności. Wiek siedemnasty nie znał tego oderwania się od Pana Boga i od Kościoła ludzi uczciwych. Dziś można być uczciwym bez Boga, bez religii, bez praktyk pobożnego życia; wówczas przeciwnie, do uczciwości potrzeba było mieć religię, kto z nią zrywał, tym samym do uczciwości pretensji mieć nie mógł. Rodzina też Marii Rozalii była pobożna, przyjmowała u siebie ludzi pobożnych, a pani de Lyonne, wraz z córkami zostawała pod duchownym kierunkiem kapłana i Maria Rozalia musiała nieraz słuchać twardych prawd, jakich jej gorliwy spowiednik wcale nie szczędził: a to w jej sercu przechowywało poszanowanie prawa Bożego. Przypomnieć powinniśmy tu jedną prawdę, to jest, że łaska Boża gdy chce duszę dosięgnąć, różnymi idzie drogami i najrozmaitszych środków używa; ta uwaga zdaje nam się potrzebną, nim przystąpimy do opisania malowniczej przygody, jak ją Wizytki nazwały, która oczy pannie de Lyonne poczęła otwierać.

 

Znajdowała się ona w Paray w uroczystość Bożego Ciała, i po nieszporach wspaniale wystrojona wychodziła z kościoła. Nigdy nie wydawała się piękniejszą i bardziej tryumfującą. Przyjaciele ją witali i przyłączyli się do niej, a tłum wychodzący z kościoła, tworzył około niej niby orszak. Tymczasem naprzeciwko szła ulicą gromada wieprzów i każdy z drogi im się usuwał: "Lecz pyszna piękność, mówią roczniki wizytkowskie, sądząc zapewne, że te zwierzęta tak ją uszanują jak ludzie, nie raczyła zejść z drogi. Przodem szedł wieprz ogromny, nadszedł naprzeciw pysznej nimfy i bez ceremonii podsadził się pod nią, wziął ją na swój grzbiet i z pół godziny obnosił po całym mieście. Zmuszona chwycić go za ogon, jakby za uzdę, Rozalia z całych sił krzyczała i wołała o pomoc, ale żaden z wielbicieli nie przybiegł jej z ratunkiem; tym bardziej damy nie śmiały zbliżyć się do trzody idącej za biegunem z nową amazonką i sprawującej chrząkaniem swoim ogłuszającą muzykę. Lud śmiechem wybuchał i nie przeszkadzał w przejażdżce pięknej pannie. Nareszcie kiedy spadła pod murem i oswobodziła się od napastnika, wstydem i trudem znękana uciekła".

 

Taka przygoda dziś jeszcze ubawiłaby całe miasto, a wówczas wśród społeczeństwa wesołego i bezczynnego napełniła śmiechem i bajkami całą okolicę. Przez długi czas nie minął dzień jeden, żeby panna de Lyonne nie odebrała kilku nowych poezji o tej przygodzie. Miała rozum, że się tylko z tego śmiała; ale poznała co warte hołdy świata. Jednakże nie myślała go opuszczać, bo chociaż już zasmakowała w samotności, ale bardzo ceniła swoją swobodę i poświęcać jej nie chciała. Porzuciła tylko czytanie romansów, które podówczas było w modzie, oddała się pod kierunek O. Colombiere'a i wkrótce zaniechała zbytku w ubiorze, za jakim się dotąd bardzo ubiegała. Rozwinęła w sobie zamiłowanie do miłosiernych uczynków; odwiedzała szpitale w Lionie i medytacje odprawiała; ale dalej już nie myślała iść tą drogą, na którą ją Pan powoli wprowadzał: więc ją też nacisnął silniej i wstrząsnął. Pewnego poranku spostrzegła nagle przed sobą pewnego młodego szlachcica z okolic Lionu, który jej się bardzo podobać starał, a który niedawno poległ w potyczce. Klęczał przed nią z rękami złożonymi, niesłychanie smutny i cierpiący. "O, jakże Bóg jest wielki, mówił z westchnieniem, jakże jest sprawiedliwy! Nic nie ma małego w Jego oczach: wszystko jest zważone, ukarane, lub wynagrodzone". Rozalia zapytała się tej duszy o zbawienie i dowiedziała się, że miłosierdzie względem ubogich zapewniło jej miłosierdzie Boże. Rozmowa była długa i tak straszna, że panna de Lyonne wyszła po niej blada, osłabiona i wyglądająca jakby się o lat dziesięć podstarzała. Matka zaledwie ją poznała; cała świeżość z oblicza jej już na zawsze znikła, a z nią i wesołość. Odtąd była cała oddana uczynkom miłosierdzia i umartwieniom; ale swobody zrzec się nie chciała i zdawało jej się, że daleko skuteczniej pobożnością, jałmużną i innymi dobrymi uczynkami może Bogu służyć na świecie, aniżeli w klasztorze. Klauzura nabawiała ją wstrętu i przerażenia. O. Colombier kazał jej raz iść do błogosławionej Małgorzaty, poszła z posłuszeństwa, ale strachem ją przejęła krata i welon, że zaś wiele ceniła dowcip i dobre ułożenie, a tego nie znalazła w Błogosławionej, przeto nie obiecywała sobie wcale przyjemności z tego widzenia się i rozmowy. Jednakże namaszczenie z jakim Błogosławiona mówiła, przemogło nad jej wstrętem i Rozalia przyrzekła słuchać jej rady. Tutaj należy podziwiać roztropność świętych. Błogosławiona Małgorzata znała zamiary Boże względem tej duszy i uprzedziła już O. Colombiera, że Pan Jezus chce pannę de Lyonne mieć Wizytką. Tego jednak Błogosławiona jej nie mówiła, pozostawiła ją przy dotychczasowym jej wstręcie do klauzury, który był tak wielki, że gdy drugi raz przyszła, nie zbliżyła się do kraty, ale u drzwi stanęła, a Błogosławiona pozwoliła jej na to i z daleka z nią rozmawiała. Prosiła ją wtedy o odmówienie trzydziestu pacierzy, Rozalia przyrzekła, ale odgadła intencję Błogosławionej i modliła się zupełnie przeciwnie, to jest, aby nigdy nie została zakonnicą. Tymczasem Małgorzata Maria odebrała od Pana nowe zapewnienie, że chce mieć tę duszę dla siebie. Wtedy O. Colombier napisał do niej za radą Błogosławionej, aby się przygotowała do ofiary, jakiej Bóg od niej żąda, a o której ojciec miał jej ustnie powiedzieć. Skoro to przeczytała, sama do niego przybiegła, przestraszona, ale gdy jej wytłumaczył, jak jest wielkim zaszczytem być Chrystusową Oblubienicą, ucieszyła się i radością przepełniona wracała do domu. Tutaj zastała opór rodziny i z tego także była zadowoloną, gdyż to ją zatrzymało jeszcze na świecie, a pierwsza chwila zapału minęła. Tak rok jeszcze pozostała, potem łaska Boga zwyciężyła wstręt wszelki, i pomimo różnych jeszcze pomysłów na jakie jej słabość się zdobywała, duch powołania wysoko się w niej rozwinął i z uniesieniem szczęścia pociechami Bożymi przepełniona, śluby wykonała: często potem całowała te mury, w których tyle szczęścia znalazła.

 

Zatrzymaliśmy się za długo nad tym opisem, chcąc pokazać, jak ciekawe skarby kryją się w rocznikach Nawiedzenia, a zarazem jak zajmującą jest książka przez Zakonnice z Paray-le-Monial o Życiu i Dziełach błogosławionej Małgorzaty Marii wydana.

 

–––––––––––

 

 

Artykuł z czasopisma "Przegląd Katolicki". R. [8], Warszawa. Dnia 30 czerwca 1870 r., Nr 26 (1870), ss. 401-408.

(Pisownię i słownictwo nieznacznie uwspółcześniono).

 

Przypisy:

(1) Według reguł i konstytucji zakonu Nawiedzenia, przełożone zmieniają się co lat trzy, może jednak taż sama być wybrana na dwa trzylecia, to jest raz po raz.

 

(2) Vie et oeuvres de la bienheureuse Marguerite-Marie Alacoque. Publication du monastere de la Visitation de Paray-le-Monial. Paris Poussielgue fréres.

 

(3) Année sainte des religieuses de la Visitation Saint-Marie. Annecy, chez Burdet. Lyon chez Josserand.

 

(a) "Święta Małgorzata Maria (Margarita Maria), panna; – święto 17 października.

Małgorzata Maria Alacoque, urodziła się w Burgundii r. 1647 jako córka notariusza Klaudiusza Alacoque. Mając lat 24, wstąpiła do wizytek w Paray-le-Monial, gdzie była wzorową zakonnicą. Ją to wybrał Zbawiciel, aby w szeregu objawień przedstawić jej swe Serce kochające ludzi i spragnione ich miłości. W r. 1675 w oktawie Bożego Ciała objawił się jej Chrystus Pan, aby ustanowione było święto liturgiczne ku czci Jego Serca w piątek po oktawie Bożego Ciała na przebłaganie za oziębłość ludzką i za zniewagi wyrządzone Mu w Sakramencie Jego miłości. Małgorzata nie znalazła początkowo zrozumienia u współsióstr. Przechodziła też sama chwile wewnętrznych utrapień: opuszczenia, zwątpień, pokus zarozumiałości. W końcu przy pomocy roztropnego spowiednika, bł. Klaudiusza de la Colombière, jezuity, wyszła zwycięsko z walki. Umarła r. 1690. Beatyfikowana r. 1864. Kanonizowana r. 1920". – Biskup Karol Radoński, Święci i Błogosławieni Kościoła Katolickiego. Encyklopedia Hagiograficzna. Warszawa – Poznań – Lublin [1947], s. 312. (Przyp. red. Ultra montes).

 
© Ultra montes (www.ultramontes.pl)
Cracovia MMIX, Kraków 2009

POWRÓT DO STRONY GŁÓWNEJ: