Rzym – Koloseum

 

(Wrażenia z podróży)

 

O. MARIAN MORAWSKI SI

 

2 czerwca (*). Sobota. Dzień pamiętny w moim życiu, w którym Rzym zobaczyłem. Przyjechałem pod wieczór. Nie opiszę bicia serca, jakiego się doznaje przejeżdżając pod łukami tego ogromnego średniowiecznego muru i widząc po raz pierwszy to Wieczne Miasto, w którym się żyło sercem i wyobraźnią od lat dziecinnych.

 

Pierwsza moja myśl była o Koloseum. Wolałem jednak korzystać z ostatnich chwil dnia dla zwiedzenia bazylik św. Maryi Maioris i św. Praksedy. Do Koloseum poszedłem o zmierzchu. Było tam jeszcze kilku turystów i kilku stróżów, ale po godzinie rozeszli się i zostałem sam w tej ogromnej, najpiękniejszej i najświętszej świątyni. Nad jej wyszczerbionym okręgiem rozciągnęło się welarium ciemno niebieskie natykane gwiazdami. Zrobiło się głuche, urocze milczenie. Byłem sam z duchem męczenników i z marami Cezarów i pleby Rzymskiej. Modliłem się, myślałem i marzyłem naprzemian. Duch tych pierwszych chrześcijan raz mię upokarzał i kruszył, dając mi żywo uczuć naszą małość i lichotę wobec nich, drugi raz mię podnosił, wlewając otuchę i męstwo do walki życia. Zdawało mi się, że w promykach tych gwiazd, co się iskrzyły nad Koloseum, oni patrzą z nieba na arenę swoich bojów, błogosławią miejsce i chwile swego cierpienia. Co więcej, uderzyła mię myśl, że nie tylko dziś tę chwilę błogosławią, ale nawet w onej chwili szczęśliwszymi byli od tych, co siedzieli w gradusach amfiteatru. Na gradusach siedziała plebs, którą w domu czekał niedostatek i dłużnik; siedzieli patrycjusze, którym strach Cezara zatruwał każdą chwilę pozornie rozkosznego życia; siedział Cesarz wszechmogący, który ze wszystkich najwięcej drżał – a na arenie stali ci, co mieli w sercu Chrystusa i za chwilę niebo obiecane.

 

Trudno mi było oderwać się od tych marzeń i od tego świętego miejsca. Czasem przychodziła mi obawa, iż mię jakiś złoczyńca w tym pustkowiu, wśród tych ciemności napadnie; czytałem, że to się nierzadko w Koloseum zdarza. Ale na myśl o męczennikach, co patrzą z nieba na to miejsce, bojaźń wnet ustępowała. Czułem, że rozbójnik więcej by się tam bał, niż ja, bo ja tam byłem więcej w domu i u swoich. Na koniec, gdy się już północ zbliżała, obszedłszy wiele razy dolne galerie – bo górne dla braku księżyca tej nocy były zamknięte – i ucałowawszy wiele razy tę ziemię poświęconą, uszedłem stamtąd.

 

O. Marian Morawski SI

 

–––––––––––

 

 

Cyt. za: Ks. Józef Tuszowski SI, O. Marian Morawski T. J. (1845 – 1901). Kraków 1932, s. 222.

(Pisownię i słownictwo nieznacznie uwspółcześniono; tytuł art. od red. Ultra montes).

 

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

 

Pozwolenie Władzy Duchownej:

 

MOŻNA DRUKOWAĆ

Kraków, dnia 15 września 1931 r.

 

Ks. Włodzimierz Konopka T. J.

Prowincjał Małopolski.

 

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

 

Przypisy:

(*) 1883 r. (Przyp. red. Ultra montes).

 
© Ultra montes (www.ultramontes.pl)
Cracovia MMVIII, Kraków 2008

POWRÓT DO STRONY GŁÓWNEJ: