DLACZEGO WIERZĘ

Cierpienie a sprawiedliwość Boża

W czasie wakacyj spotkałem przypadkowo jednego z dawnych kolegów szkolnych. Nie widzieliśmy się już lat parę: rozdzieliła nas straszliwa zawierucha światowej wojny i każdego w inne rzuciła strony. Wzruszeni tym niespodziewanym zetknięciem się, nie wiedzieliśmy nawet od czego rozpocząć wymianę myśli; na zwykłych słowach powitania urwał się wątek rozmowy. Lecz niedługo to trwało. Po ochłonięciu z pierwszego wrażenia wpadliśmy na tok dawnych czasów, dawnych profesorów, współuczniów, zabaw, rozrywek. Ponieważ mój kolega właśnie wybierał się na przechadzkę, a i ja nie miałem nagłego zajęcia, więc, gawędząc po drodze, ruszyliśmy wolnym krokiem w stronę pobliskiego lasu. Przesunął się przed nami cichy, jakoby zadumany cmentarz, przesunął się szereg chat wieśniaczych i schludny dworek wiejski. Przystanęliśmy na małym pagórku i rozglądnęliśmy się dokoła.

Słońce miało się ku zachodowi. Na krańcach widnokręgu zarysowało się niewyraźnie faliste pasmo wzgórz, przyprószonych lekką, wieczorną mgłą i oblanych promieniami zachodzącego słońca. Na stokach widać było kilka szarawych, nierównomiernie pociętych plam: to wioski i drobne mieściny. Bliżej zaś ścieliła się obszerna kotlina, okryta zielenią łąk, niby różnobarwnym kobiercem, a przecięta w środku krętą, srebrzystą taśmą strumyka. Po bokach kotliny ciągnęły się różowozłote smugi dojrzewających zbóż. Na prawo u podnóża pagórka przytuliło się kilkadziesiąt włościańskich zagród. Spośród potężnych grusz, rozłożystych jabłoni i niskich, wiotkich śliw wystawały tylko słomiane strzechy i skrawki ścian. Zapadające słonko oblekło lekką, przeźroczystą purpurą białe ściany, odświeżyło i wygładziło poczerniałe, mchem obrosłe poszycia.

Tuż za nami zaczynał się poważny las bukowy, niby szereg kolumn jakiejś olbrzymiej budowli. Przygasłe światło dzienne przedzierało się przez kilka ledwie rzędów drzew – dalej panował już tajemniczy półmrok. Naokół była cisza... Tylko niekiedy przeleciał ze świergotem ptak, powracający do gniazda, zaświergotał niepewnie i jakby nieśmiało świerszcz polny, krzyknął pastuszek na łące, zaryczało bydło pędzone do obory.

* * *

Stanęliśmy obaj w milczeniu, zachwyceni czarownym widokiem przyrody. Po chwili jakoś mimo woli wyrwał mi się z piersi okrzyk:

– Cudny ten świat Boży! Jakże potężny, jak niewymownie pięknym musi być jego Twórca!

Na te słowa, mój towarzysz ocknął się z zadumy, ruszył ręką i jakimś dziwnie obojętnym tonem wybąknął:

– Tak, pięknym jest ten świat, ale niestety nie zawsze i nie wszędzie, a dzieją się na nim i takie rzeczy, które trudno z mądrością i potęgą Stwórcy pogodzić.

– Ej, Romek, czemu ty się tak czarno dziś na wszystko patrzysz?

– Mój kochany, wyjawiłbym ci przyczynę, ale ponieważ wiem na pewno, iż pod tym względem odmiennych, krańcowych nawet jesteśmy zapatrywań, więc może zwierzenia moje nie sprawiłyby ci przyjemności.

– Owszem, powiedz otwarcie, co myślisz; odmienność twych zapatrywań wielkiej nieprzyjemności mi nie przysporzy, bo jużem miał nieraz sposobność do tego się przyzwyczaić.

– Otóż najpierw zaznaczę, że od ostatniego z tobą spotkania pogląd mój na świat zmienił się całkowicie. Byłem kilka lat na wojnie: widziałem wiele, doświadczyłem wiele i doszedłem do tego, że wiara moja w Boga nie miała trwałych podstaw.

– Radbym wiedzieć, jaką drogą dotarłeś do tak skrajnego wniosku?

– Bardzo krótką, – odparł trochę z przekąsem.

Przekonałem się, że kto cnotliwy, pracowity, poczciwy, ten skazany jest na nędzę, niedostatek i wyzysk; źli zaś i występni opływają w bogactwach, używają rozkoszy, przepędzają czas na zabawach. Gdyby Bóg istniał, to chyba nie dopuściłby do takiej niesprawiedliwości.

– Widzę, mój drogi, żeś może wiele widział, wiele doświadczył, aleś bardzo mało, lub bardzo powierzchownie nad swymi spostrzeżeniami się zastanawiał. Wiesz przecież, że gdy przyjdzie o jakiejś rzeczy sprawiedliwy sąd wydać, trzeba najpierw ową rzecz wszechstronnie i bez uprzedzeń zbadać, a po wtóre trzeba ją porównać z całością planu Bożego w świecie. Jak bowiem na obrazie, w swym miejscu położone cienie dodają piękności malowidłu, tak poszczególne w świecie braki przyczyniają się do ogólnej harmonii.

– Bardzom ciekaw, jak te zasady przystosujesz do mego zarzutu?

– Zobaczysz zaraz. Powiedziałeś, że poczciwi cierpią na tym świecie, a źli używają, nieprawdaż?

– Tak.

– Otóż zdanie to, jeśli nie całkiem fałszywe, to przynajmniej jest zanadto ogólnikowe i przesadzone.

– Dlaczego?

– Przede wszystkim dlatego, że są nieszczęścia, bóle, zgryzoty, które nie pytają, czy kto cnotliwy, czy zły, czy bogaty, czy ubogi. Przecież chorują zarówno poczciwi, jak i przewrotni; śmierć zabiera najbliższych i najdroższych, tak spod włościańskiej strzechy, jak i z pałacu itd. Nadto, rozbiorę twój zarzut na części, w każdej z nich jakiś błąd wynajdę. Mówisz o upośledzeniu ludzi poczciwych. Czy też naprawdę każdy poczciwy jest nędzarzem, czy każdy wyzyskiwany? Iluż ja znam ludzi cnotliwych, co ze swego stanowiska są zadowoleni i nikomu ziemskiego szczęścia nie zazdroszczą. Co zaś tyczy się innych, rzeczywiście cierpiących niedostatek, to po pierwsze, my nie możemy ściśle wiedzieć, kto poczciwy, a kto nie; oceniamy człowieka na zewnątrz, lecz nie znamy wnętrza, nie widzimy myśli, zamiarów i pragnień, i z tego powodu możemy się grubo pomylić, co do moralnej wartości osób. Po drugie, wielu z tych, niby to poczciwych, sami sobie ukuli ciężkie kajdany losu. Jedni zubożeli i wpadli w nędzę, bo oddali się namiętnościom, zmarnowali zdolności, roztrwonili majętność, inni muszą cierpieć, bo nie chcieli rąk do pracy wyciągnąć.

A teraz przypatrzmy się tym złym ludziom, o których twierdzisz, iż są szczęśliwymi. Mnie się zdaje, że na ogół tak nie jest. Bo chyba niewiele zażywają szczęścia ci, co za swe zbrodnie gniją po więzieniach lub z niepewnością oczekują chwili, w której kula przetnie pasmo ich życia. O innych też nie można powiedzieć, że tylko rozkosz przypadła im w udziale, iluż to bowiem upada pod brzemieniem wyrzutów sumienia, iluż dręczy bojaźń zasłużonej kary. Wierzaj mi, drogi, że bardzo często wygodniej biedakowi w łachmanach, niż zbrodniarzowi w jedwabiach, że lepiej smakuje pierwszemu czarny, ciężko przez niego zapracowany chleb, niż drugiemu najwyszukańsze potrawy, niecnym rzemiosłem zdobyte.

Otóż widzisz, że zarzut twój trzeba bardzo ograniczyć i do wyjątkowych tylko można go zastosować wypadków. Ale, jak właśnie te wypadki tłumaczyć? Zaiste trudnym by to było, gdyby ze śmiercią człowieka kończyło się wszystko. Tymczasem życie ziemskie jest jakby dniem uciążliwej pracy, po której ma nastąpić błogi wieczny spoczynek; jest przygotowaniem, drogą do życia przyszłego. A dopiero w życiu przyszłym cnota odbierze należną nagrodę, a grzech nieodpokutowany – sprawiedliwą karę. Przeto Pan Bóg już tu na ziemi spuszcza na ludzi cnotliwych różne klęski, niedostatki, cierpienia, aby sobie wysłużyli wyższy stopień chwały niebieskiej. Inaczej znowu postępuje z bezbożnymi: jeśli przestrogi, wyrzuty sumienia i kary im nie pomogą, lecz bardziej jeszcze w grzechu utwierdzają, wówczas Pan Bóg pozostawia ich własnym namiętnościom, owszem, daje im nawet dobra doczesne, by im wypłacić tę odrobinę dobrych uczynków, jakie spełnili na ziemi. Lecz za to po śmierci należeć im się będzie tylko sprawiedliwa kara za nieprawości.

Więc zarzut, który mi postawiłeś, ja teraz przeciw tobie obracam. Właśnie, gdyby nie było Boga, gdyby nie było życia przyszłego, to owa nierówność na ziemi byłaby czymś zagadkowym, niewytłumaczalnym, pozbawionym zasady. Po uznaniu zaś Boga i nieśmiertelności duszy wszystko się staje jasnym, harmonijnym, wszystko ma swój cel i swą przyczynę. Cóż mi na to odpowiesz?

– Muszę ustąpić i wyznam ci szczerze, że nigdy nie zastanawiałem się głębiej nad dopiero co przez ciebie rozwiązaną trudnością.

* * *

Rozmowa się urwała. W milczeniu zawróciliśmy do wioski. Noc obejmowała już świat w swe objęcia. Na firmamencie coraz gęściej rozsiewały się gwiazdy. Wieś pogrążyła się w ciszy i ciemności. Tylko lekki ciepły wiatr szumiał w przydrożnych wierzbach, a z dalekiego stawu dolatywało wesołe żab grzechotanie. Doszliśmy wreszcie do środka wioski, pożegnaliśmy się serdeczniej niż zazwyczaj i każdy z nas w inną odszedł stronę: mój kolega do mieszkania kierownika szkoły, a ja do cichej w cieniu wyniosłych świerków ukrytej plebanii.

B. P.
 

Dlaczego wierzę. Nowe wydanie ku światłu, Niepokalanów 1937. Nakład Centrali Milicji Niepokalanej. (Za pozwoleniem Władzy Duchownej), ss. 37-42

Powrót do spisu treści

POWRÓT DO STRONY GŁÓWNEJ: