Za Przyczyną Maryi

Przykłady opieki Królowej Różańca św.

Bramo Niebieska

Przez Różaniec do wiary prawdziwej

Nawrócenie

Oto jak opowiada swoje nawrócenie dawny protestant i wolnomularz z roku 1863.

Od dawna już nie chodziłem do protestanckiego kościoła, ale nie robiłem żadnego kroku, aby się oświecić w wierze katolickiej, którą już uważałem za najlepszą. Starałem się uspokoić moje sumienie tym, że mogę przecież żyć po katolicku, nie potrzebując jawnie przechodzić do katolickiego Kościoła. Przy tym zniechęciłem się niektórymi praktykami, które nie podobały mi się w Kościele katolickim, a osobliwie śmiesznym mi się wydawało ciągłe powtarzanie jednego i tego samego przy różańcu, który moja żona katoliczka z dziećmi odmawiała. Pan Bóg, zdawało się, usunął swą rękę ode mnie i zostawił mnie własnym moim siłom, toteż bardzo ciężko upadłem w zwykłe moje wady: w wielki gniew i chciwość pieniędzy. Myślałem tylko o tym, jakby majątekmój powiększyć, a przy tym wciąż byłem rozdrażniony, wciąż gniewałem się, i moi ludzie w fabryce musieli wiele ode mnie wycierpieć.

Pewnego wieczora wróciłem z fabryki dobrze zmęczony i udałem się zaraz do pokoju moich dzieci, aby przy nich trochę odetchnąć i wypocząć. W niedobrym byłem humorze; cały dzień nakrzyczałem się i naprzeklinałem do woli.

Wchodzę do pokoju i patrzę, a dzieci moje z żoną klęczą przy domowym ołtarzyku i odmawiają różaniec. Rozgniewało mnie to.

– I znowu różaniec! – krzyknąłem. – Dość tego, wstańcie! Nie chcę, aby moje dzieci nauczyły się tej wiecznej paplaniny. Czy słyszycie? Wstańcie! Ja tego nie chcę!

Dzieci przestraszyły się; ale moja żona wstała, spojrzała na mnie zdziwiona i rzekła:

– Cóż to, chcesz swoim dzieciom zabraniać modlitwy? Tego nie możesz, i w tym twoje dzieci nie powinny cię słuchać, bo one należą wpierw do Pana Boga niż do nas, a Pan Bóg każe się modlić. Ty, jako ojciec, nie powinieneś dzieciom twoim tego zabraniać.

Chciałem na to po swojemu odpowiedzieć, ale żona moja tak na mnie spojrzała srogo i poważnie, dzieci tak były poprzelękane, żem dał pokój. Zły strasznie wyszedłem z pokoju, trzasnąłem drzwiami, i udałem się do siebie na górę. Nie schodziłem już na wieczerzę, ale zaraz położyłem się do łóżka.I rzecz dziwna, pierwszy raz mi się zdarzyło, żem zaraz usnął. Usnąwszy, taki sen miałem:

Siedziałem na pochyłości stromego dachu kościoła protestanckiego i strach przejmował mię wielki, bo czułem, że spadam na dół, a nie mogłem rękoma zatrzymać się. Niezadługo byłem na samej krawędzi dachu i już myślałem z przerażeniem, że padnę na bruk ulicy, i na śmierć zabiję się. Wtem stanął przede mną poważny starzec, wziął mię na ręce i zniósł aż na ziemię. Patrzyłem na niego zdziwiony i myślałem sobie: "Kto to być może? Tegom jeszcze nigdy nie widział". Starzec spoglądał na mnie łaskawie, wziął mię za rękę i rzekł: "Chodź i postępuj za mną".

Szedłem – prowadził mnie pod wysoką górę. Zrazu ścieżka była równa, ale coraz stawała się węższą i bardziej stromą, a w końcu tak była pełną kamieni i cierni, żem się dobrze umęczył i dalej iść już nie chciałem.

Próbowałem wyciągnąć rękę moją z ręki przewodnika, ale on mnie nie puszczał, a tylko milcząc, dał mi znak, bym się obejrzał. I jakież było przerażenie, kiedym tuż za sobą zobaczył straszne, jakieś czarne zwierzę, pół-psa pół-smoka z ogniem w oczach. To zwierzę chciało się na mnie rzucić i porwać w swoje straszne pazury, rozszarpać zębami. Krzyknąłem ze strachu i uczepiłem się ramienia przewodnika, który wskazał mi ręką wierzchołek góry.

Patrzę, a na samym szczycie stoi mała kapliczka z krzyżem na kopułce o drzwiach zamkniętych. Otóż tam, tam znajdę ochronę przed tym straszydłem, pomyślałem sobie. I już, co sił stało, wspinałem się po stromej ścieżce, trzymając się mego nieznanego wybawcy. Czasem spojrzałem za siebie, ale za każdym razem widziałem owo zwierzę tuż za sobą i myślałem sobie: "ach gdybyśmy już raz tam, w tej kapliczce byli".

Nareszcie przybyliśmy, lecz drzwi były zamknięte. Starzec dotknął tylko zamku, a natychmiast drzwi się otwarły i weszliśmy. Jakież było moje zdziwienie, gdym zobaczył, że stoję w ogromnym, niezmierzonym kościele, którego końca dojrzeć nie można było.

W chórze siedziała na wspaniałym tronie Królowa z wieńcem róż na głowie, z różami w ręku, a wokoło tronu stało niezliczone mnóstwo aniołów w śnieżnobiałych szatach, z palmami w ręku i ze złotymi koronami na głowach. Prawą stronę kościoła zapełniały osoby przybrane w szaty purpurowe, lewą w niebieskie, a wszystkie z palmami i w koronach. Śpiewali w chórze cudownymi głosy różaniec i wyraźnie słyszałem te słowa: "Zdrowaś Maryjo łaskiś pełna, Pan z Tobą. Błogosławionaś Ty między niewiastami i błogosławiony owoc żywota Twego Jezus. Święta Maryjo, Matko Boża, módl się za nami grzesznymi, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen". Słuchałem w zachwyceniu i w uniesieniu.

Wtem przerwał mi starzec moją zadumę, mówiąc: "To jest Świętych obcowanie". Wtedy ukłoniłem się Królowej i wszystkim chórom. Starzec zaprowadził mię na sam środek kościoła, wskazał ręką do góry i rzekł: "Patrz tam". Patrzę – wzrok mój sięga aż do nieba, bo w górze otwarto – a tam wszystko światło, i nic jak tylko światło. I kiedym tak patrzał do góry, padł jeden promień tego światła w moje serce i naraz uczułem, że ustąpiły z niego gniew i chciwość.

Przebudziłem się.

Wzruszony, przejęty tym snem tak niezwykłym, usiadłem na łóżku i zacząłem rozmyślać nad jego znaczeniem. Coś podobnego nigdy mi się jeszcze nie śniło.

Kto jest ten starzec?

Zrozumiałem co miało znaczyć to spadanie z kościoła protestanckiego i ta mała kapliczka na górze, zewnątrz tak mała i niepozorna, a wewnątrz tak wspaniała i wielka. Kościół to katolicki tak przez świat wzgardzony; tam tylko znajdę ochronę przed szatanem. I te chóry co śpiewały wokoło tronu Maryi, to zastępy Świętych Panien, Męczenników i Wyznawców. Wszystko to było mi tak jasne i pewne, że za nic w świecie nie byłbym sobie z tego żartował. Byłem tak wzruszony jak nigdy.

Ale kto był ten starzec?

Położyłem się znowu do łóżka, ale już zasnąć nie mogłem. Przez noc całą stał mi ciągle ten mój sen przed oczyma. Nie mogłem doczekać się rana; a gdy dzień nadszedł, wstałem, ubrałem się i zeszedłem na dół.

Kiedy po śniadaniu przyszły moje dzieci według zwyczaju powiedzieć mi "dzień dobry", wziąłem na stronę mego chłopca i zapytałem:

– Powiedz mi, coście wczoraj z mamą odmawiali? Spojrzał na mnie bojaźliwie, przypomniawszy sobie wczorajszą scenę.

– Nie bój się chłopcze, już się nie gniewam. Nie było dobrze, żem wczoraj wam modlić się zabraniał. Módlcie się z mamą, lecz powiedz mi, coście odmawiali?

– Różaniec.

– A potem?

– Jeszcze 3 Ojcze nasz i 3 Zdrowaś Maryjo.

– Tak, a do kogoście się modlili?

– Do św. Józefa.

– Co? do św. Józefa?

Zrozumiałem wszystko. To był więc św. Józef.

No, a o cóżeście się modlili do świętego Józefa?

Znowu spojrzał na mnie chłopak bojaźliwie, znowu musiałem go uspokajać.

Wtedy mój mały powiedział cichym głosem:

– Abyś się tato nawrócił.

Miałem tego dosyć. Prędko wyszedłem i pierwszy raz od dawna zacząłem płakać. Powiedziałem sobie, wychodząc od dzieci: "Niewinne twoje dziatki modlą się za ciebie i Pan Bóg je wysłuchał i zesłał ci ten sen. Ale jeśli nie pójdziesz za łaską Bożą, wpadniesz w ręce szatana i już nigdy przez całą wieczność nie obaczysz swych dzieci. Teraz albo nigdy!".

Wybrałem się tedy w drogę i ubrany po podróżnemu, wszedłem do mojej żony. Zdziwiona zapytała:

– Gdzie się wybierasz?

– Muszę wyjechać na kilka dni, zabawię może nawet ze dwa tygodnie. Nie bój się, nic złego nie mam na myśli, ale ci teraz nic więcej powiedzieć nie mogę. Z drogi ci napiszę, a przez ten czas módl się z dziećmi za mnie.

Poszedłem najprzód do księdza proboszcza, którego znałem od dawna. Powiedziałem mu, że chcę się udać do Ojców Jezuitów w N., aby się tam przygotować do przyjęcia wiary katolickiej. Dał mi list polecający i wsiadłem na kolej. Przybyłem do stacji, skąd musiałem pocztą już dojechać do klasztoru. Ale poczta odchodziła dopiero o 3-ej, a była wtedy dopiero pierwsza po południu. Więc mi się nudziło. Zacząłem być zły na pocztę, potem na siebie, na ks. proboszcza, a w końcu i na Jezuitów. Pytałem siebie: "A cóż ty właściwie powiesz Ojcom, kiedy zapytają, dlaczego chcesz zostać katolikiem? Dlatego, że miałeś straszny sen, i że jak dziecko boisz się diabła. Pfe, wstydź się! Ojcowie cię wyśmieją. Wracaj do domu, sen mara". Już na dobre byłem rozgniewany, żem się tak z wyjazdem pospieszył. Zacząłem, według zwyczaju mego, kląć. "Nie, powiedziałem sobie, na śmiech wystawiać się nie będę. Wrócę do domu, gruntownie poznam wiarę katolicką, porównam z protestancką, a wtedy dopiero przyzwoicie przedstawię się Ojcom, jako człowiek rozumny, który wie, czego chce". Biorę tedy bilet na dalszą drogę do R., gdzie miałem znajomych. Na nieszczęście ich nie zastaję, musiałem przenocować w hotelu. Obudziły się w mym sercu dawne moje wady: gniew i chciwość, ale z taką siłą jak nigdy. Zawstydzony położyłem się do łóżka. Z rana wstałem mocno upokorzony. Sumienie zaczęło mię męczyć. "Patrz, jakeś upadł, mówiło mi, czy nie widzisz, gdzie zajdziesz, jeśli się dłużej będziesz opierał łasce? Czy nie rozumiesz jeszcze, że to diabeł tak cię wywiódł w pole? Czy chcesz iść za nim, czy chcesz, aby modlitwy twoich dzieci i twojej wiernej żony były daremne?". – "Nie! nie! – wykrzyknąłem – muszę zaraz pójść do Kościoła katolickiego inaczej zginę. O tym się już wczoraj przekonałem".

Znowu tedy wracam do poprzedniej stacji, ale znowu muszę, trzy godziny, czekać na pocztę, myślę więc sobie: "Ach czemuż zaraz nie odchodzi, nie potrzebowałbym namyślać się długo". I rzeczywiście znowu przychodzą mi różne myśli do głowy: Jeśli teraz zostaniesz katolikiem, musisz swoich wad się pozbyć, ale tego tak łatwo nie dokażesz. Wciąż z nich będziesz musiał się spowiadać, a wtedy spowiednik nie da ci rozgrzeszenia. A potem co powiedzą ludzie, co o tobie pomyślą przyjaciele twoi? Wyśmieją cię: powiedzą, że cię żona za nos wodzi. I twoi wspólnicy ciebie opuszczą, na tym wiele stracisz; stracą twoje dzieci. A zresztą czy cię Ojcowie tak od razu przyjmą do Kościoła? osobliwie, kiedy im wyznasz twój wczorajszy upadek. Będą cię długo doświadczać. Nie masz więc co do nich się udawać i tak cię nie przyjmą. Najprzód się popraw, a potem idź do nich.

Robiło mi się gorąco i zimno, aż w końcu pokusa zwyciężyła.

Wracałem do domu.

Cały błąd był w tym, żem się nie modlił tak, jak Chrystus Pan nakazał: "Módlcie się, abyście nie weszli w pokuszenie". Ale choć się ja nie modliłem, modliły się za mnie moja żona i moje dzieci i Pan Bóg mię nie opuścił.

Wychodzę z wagonu na jednej ze stacji, aby wypić szklankę piwa, aż tu stoi przede mną ks. proboszcz. Stanąłem jak złodziej, złapany na gorącym uczynku, i on niemniej zdziwiony, pyta: "Jak to? to pan nie byłeś w N.?".

– Nie.

– A dlaczego nie?

– Nie mam odwagi.

– Kochany przyjacielu – powiada mi bardzo poważnie – z miłosierdziem Pana Boga nie trzeba żartować. Teraz albo nigdy. – Chodź pan!

Wziął mię pod rękę, zaprowadził do kasy, kupił dwa bilety do ostatniej stacji przed klasztorem w N., odwiózł mię do niej i tam jeszcze mi towarzyszył, aż poczta mnie odwiozła.

Dzięki Panu Bogu stanąłem w pół godziny na miejscu. Tu jeszcze raz się zawahałem, alem zwyciężył, zadzwoniłem i byłem przyjęty. – Tam po ośmiodniowym przygotowaniu, podczas którego O. Rektor na wszystkie trudności mi odpowiedział, wszystkie wątpliwości rozjaśnił, miałem odbyć spowiedź z całego życia. Dał mi on rachunek sumienia, według którego miałem się przygotować i powiedział, że przyjdzie wieczorem po 9-tej wysłuchać mej spowiedzi.

Kiedy godzina 9 uderzyła i w całym klasztorze nastała zupełna cisza, niewytłumaczony strach mię ogarnął. Stanęły mi przed oczyma najcięższe moje grzechy. I to wszystko mam powiedzieć spowiednikowi. I to? i to? – mój Boże! jakże ja to wypowiem! nie mogę!

Przez lat 30 wszyscy mieli mię za uczciwego człowieka, a dziś wszystkie niegodziwości mamże odkryć spowiednikowi? Nie, tego nie mogę!

Tak mi się ciężko zrobiło i gorąco, żem otworzył okno. Na dworze było ciemno. Wtedy przyszło mi na myśl uciekać. Prędko zgasiłem lampę, wziąłem swój mały tłumoczek do ręki i przystąpiłem do okna. W tej samej chwili zapukano do drzwi. Nie śmiałem odpowiedzieć, ani się ruszyć. Wszedł O. Rektor.

– Czy pan tutaj? – zapytał.

– Tak. – odpowiedziałem.

– A czemuż tu nie ma światła?

– Ojcze, w sam czas przychodzisz.

– Jak to w sam czas? Cóż to znaczy? – i przystąpił do okna.

– Tylko co chciałem oknem uciekać.

– Ależ na Boga, mój panie, cóż się to stało? Dlaczego uciekać?

– Ach, Ojcze, gdybyś wiedział, jak mi ciężko się spowiadać!

– Ależ odwagi, mój panie! Nie bój się pan, ja pomogę. O, wierzaj mi, nie takich ja to grzeszników już spowiadałem; ale gdybyś pan nawet i najgorszego coś miał na sumieniu, to czyż nie lepiej wypowiedzieć to kapłanowi, który nigdy nikomu o tym nie powie, otrzymać odpuszczenie, jak ciągle mieć na sumieniu? Odwagi! odwagi!

Wziął mię za rękę, zamknął okno, usiadł na krześle i wyspowiadał. O jak byłem wtedy szczęśliwy, płakałem jak dziecko.

– A teraz Ojcze – spytał nowonawrócony, już po Komunii św. – jak myślisz, co mię po tym wszystkim najwięcej cieszy?

– Zapewne myśl, że uściskasz żonę i dzieci.

– Nie.

– Więc pewno, że będziesz mógł wiele dobrego świadczyć jako dobry katolik?

– I to nie!

– To pewnie zamyślasz coś uczynić dla chwały Bożej?

Nie Ojcze. Cieszę się z tego najwięcej, że uklęknę pierwszy raz z moimi dziećmi do wspólnej modlitwy.

Różaniec go wybawił – pragnął jak najprędzej go odmawiać. Już go to ciągłe powtarzanie jednego i tego samego w Różańcu nie raziło. Zrozumiał, jak pięknie powiedział O. Lacordaire, dominikanin: "że miłość ma tylko jedno słowo, które, wciąż powtarzając, nigdy się nie znudzi".
 

Za Przyczyną Maryi. Przykłady opieki Królowej Różańca św., Przedruk z roczników Róży Duchownej (1898 – 1925), redagował O. Teodor Jakób Naleśniak św. Teologii Lektor Zakonu Kaznodziejskiego. Tom II. (Przykłady na październik). Lwów. Wydawnictwo OO. Dominikanów. 1927, ss. 53-61.

Powrót do spisu treści
"Za przyczyną Maryi"

POWRÓT DO STRONY GŁÓWNEJ: