FILOZOFIA I JEJ ZADANIE

 

KS. MARIAN MORAWSKI SI

 

PROFESOR UNIWERSYTETU JAGIELLOŃSKIEGO

 

––––––––

 

WSTĘP

 

Nasz wiek zastał filozofię w pełni życia i potęgi. Filozofia wówczas zajmowała tron w opinii publicznej świata uczonego; zaszczycała prawie wszystkie narody europejskie znakomitymi osobistościami, myślami nowymi, dziełami wielkiej doniosłości; przelewała się w historię, w literaturę, nawet w politykę; dążyła do zagarnienia wszystkich umiejętności i samej nawet religii zapowiadała już chwilę, w której ona jedna miała owładnąć całą ludzkość i obdarzyć ją prawdą i szczęściem... A tymczasem na czym się skończyły te wielkie wysilenia i te piękne zapowiedzi? Od lat blisko dwudziestu ledwo już słychać o filozofii (1). Zamiast czci, jaką niedawno jeszcze była otoczoną, znajduje tylko obojętność i poniewierkę; w tych samych aulach, gdzie niedawno słuchano ze zdumieniem Schellinga i Hegla, dziś rozlegają się oklaski dla Darwina i Häckla; a jeśli kto wspomni imiona ubóstwianych niegdyś mistrzów, to tylko uśmiech litości wywoła. Po wszechnicach zamiast filozofii wykłada się najczęściej tylko historia filozofii – filozofię traktują jako antyk, jako martwy pomnik starożytności. Ze szkół na koniec samo imię filozofii zostało wykluczone i zastąpione niepoczesną propedeutyką.

 

Skąd tak nagły i tak radykalny zwrot? Czy ludzkość się przekonała o zwodniczości lub nieużyteczności filozofii? Czy może zawód filozofii skończony i przeto ją jako zużyty sprzęt odrzucono? Czy też może sama filozofia w czym przewiniła i tą winą odstręczyła od siebie ludzkość? Warto się nad tym zastanowić. Jakoż zanim samą filozofię pociągniemy do odpowiedzialności, zauważyć winniśmy, że wiele przyczyn zewnętrznych wpłynęło na jej odrętwienie.

 

Do takowych zaliczyć trzeba najprzód wspomniane wykluczenie filozofii ze szkół lub zredukowanie jej na nędzną i drobiazgową propedeutykę, która zamiast przywabić młodzież, dając jej pojęcie o zadaniu i doniosłości filozofii, może nawet ku niej zniechęcić – podobnie jak żmudna nauka abecadła odstręcza dzieci od czytania. Wiadomo zaś, że zawody naukowe są najczęściej tylko rozwojem i rozkwitem ziarn, w szkołach rzuconych. Rzadko uczuje kto powołanie do poświęcenia się umiejętności, w której nie zakosztował w młodocianych latach.

 

Dalej, już sam dzisiejszy rozwój umiejętności przyrodniczych, co dzień olbrzymio się wzmagający, jakiego żaden z wieków poprzednich nie widział, nie mało się przyczynić musiał do stagnacji filozofii: już to że porywa swym prądem najzdolniejsze głowy, już to że zwraca ku sobie całą uwagę świata naukowego. Nie jest to oczywiście przygana dla tych umiejętności, ale naturalny skutek przyrodzonej ciasnoty umysłu ludzkiego. Gdy dwa drzewa rosną na tym samym miejscu, a jedno z nich nagle i silnie wybuja, drugie na tym cierpieć musi.

 

Lecz najgłówniejszą podobno przyczyną upadku filozofii jest rozwielmożnienie się jej wroga – materializmu. Niegdyś u Greków materializm chciał także być filozofią, potrzeba mu było wówczas tego świetnego imienia, aby się zasłonić przed wzgardą publiczną. Wszelako ten płaszczyk nie dosyć go pokrywał; żył on długo w nieczci i lekceważeniu, aż dopiero w epoce rozkładu starej cywilizacji i zupełnego strupieszenia społeczeństwa przyszedł do honorów pod imieniem filozofii Epikura. Lecz i tym tryumfem krótko się cieszył. Chrystianizm, zapanowawszy nad światem, wygnał go zewsząd, nawet z dziedziny filozofii, aż wreszcie w przeszłym stuleciu, gdy społeczeństwo poczęło znowu chylić się ku pogaństwu, materializm się dźwignął; a dziś już, przyszedłszy do potęgi i czci powszechnej, jakiej dotąd nigdy nie używał, nadęty postępem nauk przyrodniczych, których dorobek niesłusznie sobie przywłaszcza, rzucił już niepotrzebny szyld filozofii – ba! nawet otwarcie filozofię prześladuje i wyśmiewa (2). Rzecz uwagi godna: dziś materializm postępuje względem filozofii zgoła tak samo, jak filozofia w przeszłym wieku za Woltera postępowała względem religii – ignoruje ją, albo się z litością uśmiecha: – jest to sprawiedliwe wet za wet.

 

Wszelako oprócz tych obcych czynników, które wpłynęły na upadek filozofii, wyznać należy, że i sama w naszym wieku nie mało zawiniła i rozmaitymi sposobami odstręczyła od siebie ludzkość. A najpierw dlatego, że, jak pokażemy w rozdz. IV, stanęła w opozycji ze zdrowym rozsądkiem (le bon sens). Nowsi filozofowie wyrażają się z dziwnym lekceważeniem o zdrowym rozsądku, nazywając go pogardliwie: gminnym myśleniem (das gemeine Denken). Otóż ten zdrowy rozsądek ludzkości jest potęgą, o którą się rozbiły ich wyrozumowane systemy. I ten sam los zawsze spotykał i nadal spotka każdą filozofię, która się odważy przeciw zdrowemu rozsądkowi bunt podnieść. "Cóż tedy jest ten zdrowy rozsądek?" – pyta pogardliwie jeden z naszych polskich filozofów. Odpowiadamy, że zdrowy rozsądek jest to uzdolnienie rozumu ludzkiego, do widzenia w świetle oczywistości głównych prawd do pożycia ludzkiego niezbędnych: stąd pewność o tych prawdach jest wkorzeniona w sam rdzeń ludzkiej natury i tak powszechna i niezmienna, jak i sama natura; drogocenny to dar Boży, spuścizna nasza umysłowa, bez której obyć się nie można i której nam nie zastąpi żadna filozofia, ani też żadna filozofia nie wydrze; a jeśli się na nią targnie, sama się tylko na śmiech wystawi. Wspomniany filozof, chcąc podkopać powagę zdrowego rozsądku, mówi, że jest rozmaity u rozmaitych ludzi; jeden tak sądzi swym zdrowym rozsądkiem, drugi przeciwnie. Trzeba się porozumieć: nie należą do zdrowego rozsądku, w znaczeniu, w jakim się tu bierze, wszelkie zdania i mniemania rozumu nieuprawionego, ale tylko ów szczupły zasób prawd zasadniczych, których cała ludzkość trzyma się niezmiennie i niezachwianie, bez których żyć nie może, a na które właśnie targa się sceptycyzm i idealizm naszego wieku. Filozofia, która twierdzi, że świat widzialny nie jest czymś rzeczywistym – że świadomość osobista jest tylko i zawsze złudzeniem – że przedmiot nie ma bytu poza myślą itd., taka filozofia staje w opozycji z tym zdrowym rozsądkiem, o którym mówimy, kłam mu zadaje – a tym samym nie ma warunków życia; bo filozofia żyć nie może w obłokach, ale tylko w ludzkości, w tej ludzkości, która wierzy niezachwianie w zdrowy rozsądek, w oczywistość, w prawość swej natury. Taka filozofia, mówimy dalej, nie pojęła czym jest i po co jest na świecie. Filozofia jest tylko wykształceniem, kwiatem natury ludzkiej; rozum filozoficzny jest tylko dalszym rozwinięciem tej samej władzy poznawczej, którą w stanie rodzimym i odnośnie do prawd najoczywistszych zowiemy zdrowym rozsądkiem; pewniki, które stanowią punkt wyjścia i podwaliny wszystkich rozumowań filozoficznych, jak okażemy w ciągu tej pracy, muszą być wzięte z natury i stoją na pewności naturalnej. Zatem natura jest filozofii podstawą i korzeniem, a filozofia winna naturę dalej kształcić i doskonalić, nie zaś podcinać to, co w niej jest najistotniejszego, bo inaczej sama sobie śmierć zadaje. Niech się wznosi filozofia coraz wyżej, coraz dalej w niezmiernych przestworzach prawdy, które się przed nią odsłaniają, niech leci w sfery, gdzie jej zdrowy rozsądek okiem nie doścignie; tego jej nikt za złe nie weźmie; zdrowy rozsądek tym samym, że zdrowy jest, czuje że to nie jego pole – ale niech filozofia szanuje prawdy, które zdrowy rozsądek z daru natury posiada i które widzi w świetle oczywistości, bo zamachu przeciwko tej świętej własności zdrowy rozsądek nie daruje i ta niedorzeczna śmiałość będzie zgubą filozofii. Posłuchajmy samego Schellinga: "Świat, mówi on, odepchnie filozofię, przywodzącą do takich wyników, nie dbając o jej zasady, nie mając nawet pretensji o nich sądzić. Świat powie, że nie rozumie wcale gruntu tych zagadnień, ani sztucznego i misternego rozwoju tych rozumowań; ale mijając to wszystko, osądzi natychmiast, że filozofia, która przychodzi do takich wniosków, nie może mieć prawdy w swych podstawach" (3). Schelling, jak wiadomo, sam przewodniczył w tym kierunku, który w tych słowach potępia. Ale te słowa wyrzekł dopiero w r. 1841, gdy już był dojrzał wiekiem i myśleniem i skutki swego błędu oglądał.

 

Oprócz tego buntu przeciw zdrowemu rozsądkowi i oczywistości, nowsza filozofia wpadła też w inny jeszcze błąd, który był tylko następstwem pierwszego, a przyczynił się do tego samego skutku, tj. pozbawił ją miru u ludzi. Upodobali sobie nowsi filozofowie, mianowicie Niemcy, mieszkać w mroku nieprzystępnym dla ogółu śmiertelników. Im kto się ciemniej tłumaczył, im dziwaczniejsze kuł wyrazy, słowem, im był niezrozumialszym, tym za mędrszego i głębszego myśliciela uchodził. Najprostsza rzecz musi być u tych filozofów w niedostępne uwikłana formuły, inaczej nie jest godna miejsca w świętym przybytku filozofii. Ile np. wielkich i tajemniczych słów, oderwanych i ciemnych formuł, labiryntowych krętanin na samym wstępie sławnej Wissenschaftslehre Fichtego! A na co to wszystko? – aby powiedzieć mądrze, że jeśli jest jakaś prawda poznana, co wszyscy uznać muszą, toć musi być i podmiot poznawający; – to samo, co Kartezjusz powiedział śmiało i po prostu: "myślę, więc jestem". Posłuchajmy znowu Schellinga: "Filozofowie niemieccy, mówi on, przyszli do uważania za miarę talentu filozoficznego stopień oddalania się od zwykłego sposobu mówienia i myślenia... Po kilku daremnych usiłowaniach, aby rozpowszechnić za granicą filozofię Kanta, zrzekli się nadziei być zrozumianymi od innych narodów i przywykli uważać siebie za wybrańców filozofii, od siebie samych jedynie zależnych. Filozofowie winni by zawsze pamiętać, że ich celem jedynym jest pozyskać powszechne uznanie, stając się powszechnie zrozumiałymi. Nie żądam oczywiście, aby dzieła filozoficzne sądzono ze stanowiska literackiego, ale twierdzę, że filozofia, która nie jest zrozumiałą dla wszystkich narodów oświeconych i dla wszystkich języków przystępną – tym samym wyrzec się musi nadziei być filozofią prawdziwą, powszechną" (4). Otóż sąd człowieka niepodejrzanego o parcjalność w tej mierze – sąd słuszny, bo ta ciemność w tłumaczeniu się nie jest cechą prawdy, gdyż jak doskonale mówi poeta:

 

Ce, que l'on conçoit bien, s'énonce clairement

 

a tym mniej cechą jest geniuszu, bo geniusz nie lęka się światła, będąc sam promieniem światłości Bożej; ale karłowate umysły lubią zmrok, w którym przybierają postacie olbrzymów. Schelling, po zacytowanym ustępie zapowiada radykalną odmianę: "Nadal, mówi, głębokość będzie w myśli, a zupełna niemożebność wyrażenia się z jasnością nie będzie uważaną za znak talentu i natchnienia filozoficznego". Wszelako to proroctwo nie spełniło się; filozofia nowoczesna nie rozstała się z tą formą, bo takowa, jakeśmy powiedzieli, wynikała z jej treści; chciała dalej tym sposobem wykluczać profanów, wynosić się ponad ich sąd, odbierać od nich ślepe hołdy, jak niewidzialny Budda – a tymczasem sama została w końcu od tych profanów odepchniętą i wyśmianą (5).

 

Wreszcie filozofia w naszym wieku i z tego względu jest winną swego upadku, że sama przyczyniła się do tego tryumfu materializmu, który jej zadał cios śmiertelny. To twierdzenie wydaje się zrazu paradoksem, bo przecież filozofia nie była nigdy tak duchową, tak idealną, jak w naszym wieku – tak dalece, że zasłużyła sobie na imię idealizmu transcendentalnego. Tak jest; ale w tym właśnie dała powód do materializmu. Extrema se tangunt.

 

A najpierw dała ona do tego powód, że tak powiem, ujemnie; bo odstręczając ludzkość wspomnianą przesadą i zawiłością, wywołała mniemanie, iż we wszystkich zagadnieniach wyższych i duchowych nie masz nic, jak tylko czcze i bezowocne marzenia, zatem, że nie masz prawdy i pożytku, jak tylko w namacalnej materii. Po wtóre dała do tego powód pozytywnie, swymi zasadami; bo skoro filozofowie poczęli twierdzić, że byt i myślenie, duch i materia są jedno, lubo oni chcieli wszystko zlać w idei i samą materię przetworzyć w ducha, jednak ich słuchacze i czytelnicy mając przed sobą widzialną i dotykalną materię, która się zaprzeczyć nie daje, naturalnym następstwem przetworzyli ducha w materię i wywnioskowali, że kiedy wszystko jest jednym, a materia niezawodnie jest, toć materia jest wszystkim i absolutem.

 

Po trzecie, ta filozofia dała powód moralny do materializmu: ogłosiła bowiem, że człowiek jest niezawisłym i niepodległym (autonom) – ba! nawet że jest najwyższym rozkwitem Bóstwa, a zatem tylko siebie czcić winien, tylko sobie kadzidło palić. Otóż skoro człowiekowi zdejmiesz wędzidło prawa Bożego, skoro mu odbierzesz poczucie odpowiedzialności przed Najwyższym Sędzią, wiadoma rzecz, do czego się rzuci, która część jego natury weźmie w nim górę. "Póty ciało podlega duchowi, powiedział najgłębszy z filozofów, św. Augustyn, póki duch podlega Bogu".

 

Na koniec filozofia w naszym wieku spowodowała swój upadek przez swoją bezbożność – bezbożność taką, jakiej nie znały wieki poprzednie. Było wiele niereligijności w filozofiach pogańskich, ale poganom to łatwiej wybaczyć. Było też wiele niereligijności u niektórych filozofów chrześcijańskich, ale ta niereligijność nie posuwała się aż do zupełnego zaprzeczenia Boga; albo jeśli kiedy do tego stopnia przyszła, to przynajmniej nie szerzyła się, nie znajdowała wziętości. Filozofia zaś naszego wieku posunęła się jeszcze dalej, jak do zaprzeczenia Boga: odważyła się, i to wśród powszechnych pochwał i oklasków, na miejscu Boga postawić człowieka – filozofa. Taki jest bowiem wynik panteizmu nowej szkoły niemieckiej – na co damy w swoim miejscu dowody. To bluźniercze ubóstwienie się filozofii nie tylko odstręczyło ludzi mających nieco rozsądku i religii, ale też spowodowało zapewnie Opatrzność do wymierzenia kary.

 

Jak widać, nie szczędzimy filozofii verba veritatis; ale mimo to wszystko, sądzimy, że filozofia nie ma być skazaną ani na śmierć ani na wygnanie, że jej obecny upadek jest szkodą i stratą dla społeczeństwa, zatem, że bądź co bądź podźwignąć ją należy i przywrócić jej dawne miejsce na czele zastępu umiejętności. Winy i usterki, o których wspomnieliśmy, nie wynikają z istoty filozofii, ale ze skrzywienia jej kierunku. Jest to los wszystkiego, co jest w rękach człowieka, że może być od niego zepsutym, do złego użytym. Wszystkie umiejętności, wszystkie sztuki, wszystkie ludzkie instytucje obracają się częstokroć na szkodę społeczeństwa, – czyż stąd wynika, że te umiejętności, sztuki, instytucje są złe i że je trzeba ze społeczeństwa wykluczyć? – I pomyśleć o tym byłoby niedorzecznością.

 

Mylnym też jest mniemanie, które wielu od filozofii odstrasza, że filozofia z natury swojej jest wrogą religii. W naszym kraju osobliwie, u wielu szczerze wierzących i religijnych osób, filozof znaczy tyle co niedowiarek, bezbożnik, ateusz. Mniemanie to jest zabytkiem z czasów Wolterianizmu. Wówczas istotnie imię filozof znaczyło to samo, co ateusz; i z tym właśnie znaczeniem te słowa: filozof, filozofia rozpowszechniły się w Polsce. Wszelako to nie tyle było winą samej filozofii – boć szkoła Woltera nie miała nic wspólnego z filozofią, krom imienia – ale raczej szalbierstwem Wolterianów, którzy lubo nie pomyśleli nawet o postawieniu jakiejkolwiek zasady filozoficznej, jednak zagrabili sobie na własność miano filozofów i samo niedowiarstwo filozofią nazwali.

 

W naszym zaś wieku filozofia wytworzyła istotnie teorie najbezbożniejsze; to samo do pewnego stopnia zdarzało się i w wiekach poprzednich. Ale czy to ma dowodzić, że filozofia jest z przyrodzenia antyreligijną? Jeśli mnóstwo filozofów niedowiarków ma tu coś stanowić, toć dzieje filozofii chrześcijańskiej roztaczają zastęp przynajmniej trzykroć liczniejszy filozofów religijnych i wierzących. Kościół też katolicki, lubo błędy wielu filozofów potępiał, filozofię jednak zawsze i pochwalał i popierał, zawsze zastawiał się za prawami rozumu przeciwko herezjom, które je zaprzeczały; za naszej jeszcze pamięci potępił Lammenais'a i Tradycjonalistów za to, że pomiatali rozumem, a wszelką pewność na samej opierali wierze; wreszcie na ostatnim Soborze, Watykańskim, nie tylko prawa rozumu uroczyście zatwierdził, ale też orzekł i objaśnił jak ścisłymi węzły pewność wiary powiązana jest z pewnością filozoficzną i jak wielkie przysługi rozum i wiara wzajemnie sobie oddają. Rzecz tę rozwiniemy nieco obszerniej w ostatnim rozdziale. Na teraz zauważymy tylko, że pozorne sprzeczności, na jakie kto napotyka między wiarą a rozumem i filozofią, nie pochodzą ani z wiary ani z praw i natury rozumu, ale zawsze na ich dnie leży albo fałszywe pojęcie nauki wiary, albo jakaś nieścisłość, jakiś przeskok w rozumowaniu, które przywiodło do wniosku przeciwnego wierze – słowem: albo niedostatek katechizmu, albo niedostatek logiki (6). To już a priori i w ogólności wynika z oczywistej zasady, że prawda jedna jest; w szczególności zaś, względem wielu kwestyj, które się nam po drodze nadarzą, wykaże się to samo w ciągu tej pracy.

 

Inni nie boją się filozofii, ale ją lekceważą. Słyszałem nieraz mówiących: Cóż nam po filozofii? filozofia buja tylko w sferach idealnych, gdy tymczasem poza obrębem doświadczenia albo nic zgoła pewnego nie wiemy, albo tylko tyle, ile nas wiara pouczy. Zarzut ten, prawie naiwny, pochodzi ze szczerej nieznajomości rzeczy. Spodziewamy się uczynić mu zadosyć w ciągu tej rozprawy przez samo wyłuszczenie istoty i zadania filozofii; to wyłuszczenie bowiem okaże niezmierne pole prawdy poza empirią – prawdy, która i pod względem pewności i pod względem ważności nie ustępuje bynajmniej temu, o czym nas empiria poucza. Stąd zaś, że wiara poucza nas o głównych prawdach porządku nadzmysłowego, chcieć wnioskować, iż filozofia jest nieużyteczna, to przypomina sławny sąd Omara o nieszczęśliwej bibliotece aleksandryjskiej: Albo te książki zawierają to samo co Koran, a wtedy są niepotrzebne, albo zawierają coś przeciwnego Koranowi, a wtedy są szkodliwe; więc w każdym razie trzeba je spalić!

 

Wreszcie błędnym byłoby przypuszczenie, że filozofia spełniła swój zawód i dziś już nie ma co robić na świecie. Wszystkie wieki potrzebę filozofii uznawały; zjawiała się ona w każdym narodzie, w chwili rozkwitu jego cywilizacji, niby jej korona – i w stosunku z nią wzrastała; nikła zaś dopiero w chwili przekwitu oświaty i strupieszenia tego narodu. Twierdzić więc, że filozofia już nie ma co robić między nami, znaczyłoby tyle, co dać naszej społeczności nader złe świadectwo. Przeciwnie twierdzimy, że dziś więcej niż kiedykolwiek potrzeba filozofii. A to dla wielu przyczyn, dotyczących tak kwestyj moralnych i społecznych jak i naukowych. A najpierw, jakeśmy już wspomnieli, dziś więcej niż kiedykolwiek grasuje materializm. Otóż przeciwko materializmowi nie dosyć się bronić biernie, milczeniem, lub samym zatwierdzeniem swoich zasad. Materializm śmieje się z takiej taktyki i korzysta z tej bezczynności, podobnie jak Prusacy r. 1866 z bezczynności Benedeka, zagrabia on jako swoje wszystkie nauki i podbija umysły mniej stałe, okazując im rzekomą sprzeczność między dzisiejszym postępem umiejętności a wiarą i wszystkimi zasadami wyższymi. Wszak co dzień na to z boleścią serca patrzymy. – Tymczasem rozpowszechnienie zdrowej filozofii podcięłoby materializmowi skrzydła – wyszłaby na jaw czczość i sofistyczność jego wniosków, a zarzuty nieracjonalności i płytkości, które szyderczo miota na zdrowe zasady, przeciw niemu by się zwróciły. Wreszcie choćby tylko filozofia odkryła umysłom wyższy widnokrąg ponad poziomem materializmu, widnokrąg, który nam dzisiaj prawie znikł z oczu, już tym samym wyrządziłaby naszemu społeczeństwu walną przysługę; bo jakże wielu dzisiaj mniema w swojej prostocie, że poza tymi naukami, na które łaskaw materializm, już nie ma umiejętności, ani pola dla rozumu – ale tylko próżne marzenia, albo ślepa wiara.

 

Dalej, nasz wiek, oprócz tej choroby materializmu, cierpi jeszcze na słabość odziedziczoną po wieku przeszłym, tj., że daje się magnetyzować czarodziejskimi słowami, jak: oświata, humanitarność, wolność, narodowość itp. i poddaje się ich urokom, nie zdając sobie nawet sprawy z ich znaczenia; bo też podobno właściwe, ewangeliczne tych słów znaczenia na wiatr rzucono, i tylko puste brzmienia obiegają świat – a przecież te brzmienia wywierają ogromny wpływ, wstrząsają narodami, wiekowe instytucje obalają, w mgnieniu oka odmieniają postać rzeczy ludzkich. Wprawdzie czar słowa zawsze poruszał masy; ale nie wiem, czy kiedy warstwy wykształcone ulegały tak bardzo jak dzisiaj wpływom sofizmu. Dziś lada jaki sofistyczny argument odziać w szatę literacką i puścić w świat na skrzydłach gazet lub broszur, a niechybnie obiegnie kulę ziemską i wszędzie spotka oklaski i fortunne powodzenie. Tak się kształci wszechwładna w naszych czasach opinia publiczna; każdy o tym wie, każdy narzeka na jej tyranię, a mimo to, rzadko kto nie daje się owładnąć jej urokom. Niezawodnie wiemy wiele rzeczy, których dawniej nie wiedziano, czytamy i piszemy bez porównania więcej niż dawniej czytano i pisano, ale z tym wszystkim mniej umiemy myśleć, mniej zdajemy sobie sprawę z tego, co w nas wmawiają lub co sami twierdzimy. Przyczyna tego usterku leży po części w tym samym, że tak wiele i tak prędko czytamy i piszemy. Ale właśnie też dlatego potrzeba nam dziś więcej, niż kiedykolwiek zdrowej i gruntownej filozofii, która by była tłem i podstawą naszych zdań i wiadomości, która by nauczyła naszych myślicieli myśleć ściśle i zwięźle, iść do gruntu rzeczy, sprowadzać zdania potoczne do zasad niezachwianych, uchraniać się łapek sofistycznych wywodów – która by wreszcie dała nam pewny pogląd na cały nasz duchowy widnokrąg i skupiłaby naszą wiedzę w jednolitą całość.

 

Na koniec rehabilitacja filozofii jest, dziś zwłaszcza, w interesie wszystkich umiejętności. Nigdy umiejętność nie była tak rozstrzeloną, podzieloną na takie mnóstwo specjalności, jak obecnie. Gdy przed paruset laty pojedynczy ludzie pisali dzieła "de omni re scibili", gdy jeszcze w przeszłym wieku Leibnitz uprawiał zarazem historię, prawo, dyplomację, filozofię, fizykę, matematykę i poezję – dziś uczony Poinsot poświęca wszystkie prace swego życia na zbadanie jednej cząstki mechaniki: o ruchu wirowym – i każda prawie specjalna umiejętność dzieli się jeszcze na specjalności wymagające specjalistów. Nie ma wątpliwości, że ten podział dziedziny umiejętności jest znakiem postępu, a nawet do pewnego stopnia warunkiem tego postępu. Jednakowoż to ma swoje ale. A najpierw ten stan rzeczy faktycznie prowadzi do kształcenia się wyłącznie fachowego; to zaś jakkolwiekby było korzystnym dla umiejętności, dla indywiduów przecie jest niekorzystnym, bo takowe nie wyrabia człowieka, nie rozwija najważniejszych stron jego istoty, nie rozprzestrzenia rozumu i serca; a nawet, gdy kto przedwcześnie porzuca zwykły tryb nauk, aby się w jakiej specjalności zasklepić – ku czemu zmierza dzisiejszy kierunek – wyradza się stąd pewna karłowatość duchowa, sposób myślenia jednostronny, poglądy nadzwyczaj ograniczone i ciasne. Ale to pominąwszy, a mając tylko na oku postęp samych umiejętności, przyznać trzeba, że takie ich rozczłonkowanie bez wspólnej podstawy, ma swoje ujemne strony. Przecież wszystkie umiejętności są z sobą ściśle powiązane, są to planety wirujące naokoło jednego słońca prawdy; dziedziny ich nawet nie są ściśle rozgraniczone; zatem zdobycze jednej obchodzą wszystkie inne. Jeżeli więc jedna umiejętność ignoruje drugą, lub o nią nie dba, sama sobie szkodzi, pozbawia się wielu środków postępu, które by w drugiej znalazła, stawia twierdzenia, które druga zaprzecza – a porozumieć się uczeni nie mogą, bo stoją na zupełnie innych stanowiskach i nie mają żadnego punktu zetknięcia. Cóż więc stąd wynika? Z jednej strony jasna rzecz, że wiedza ludzka jest dziś tak rozgałęzioną, iż jej całości jeden rozum ogarnąć nie może, tudzież, że szczególne umiejętności koniecznie potrzebują ludzi fachowych, którzy by im prace swoje poświęcili. Ale z drugiej strony, im więcej się umiejętności rozprzestrzeniają i dzielą, tym więcej im potrzeba tej wspólnej podstawy – którą, jak w ciągu tej pracy okażemy, jest właśnie filozofia.

 

Istotnie też brak filozofii daje się bardzo czuć w najnowszych dziełach naukowych, nawet dotyczących umiejętności ścisłych i przyrodniczych; nader często nie ma ścisłości w rozwoju myśli i w wnioskach, nie ma jasności w pojęciach zasadniczych, około których cała rzecz się toczy; nie ma wyraźnej świadomości o istotnym znaczeniu i doniosłości praw i zasad, które się stawia; ciągła mieszanina tezy z hipotezą, tego co już jest pewną zdobyczą umiejętności, z tym, co jest dopiero przypuszczeniem, lub tylko formułą służącą do uporządkowania zjawisk i pojęć. A na koniec tu i owdzie hipotezy i tłumaczenia, które doprawdy litość wzbudzają w każdym, który jest choć cokolwiek z filozofią obeznamy. Słowem, choć nie ujmujemy wartości, nawet filozoficznej, niektórym dziełom naukowym z najnowszych czasów, sądzimy jednak, że pod względem ścisłości i dokładności w rozumowaniu i zdawaniu sobie sprawy z twierdzeń i wywodów, dzieła naukowe przeszłego wieku, do których pospolicie nasi uczeni ani zaglądnąć nie raczą, przewyższają w ogólności dzisiejsze płody.

 

Jest tedy filozofia, okrom swej bezwzględnej ważności, dla wielu osobliwszych powodów w naszych czasach pożyteczną, a nawet potrzebną. Wszakże oczywista rzecz, że jeśli filozofia pójdzie fałszywym torem, zamiast dać odpór materializmowi, ona mu wrota otworzy, jak się istotnie zdarzyło – zamiast sprostować pojęcia, uzbroić przeciwko bieżącym sofizmom, dać pewny pogląd na wszystko, ona pojęcia skrzywi i zamiesza i do sofizmu przyuczy – zamiast zjednoczyć umiejętności w harmonijną całość i dać im niezachwianą podstawę, ona je popchnie fałszywym kierunkiem, albo same ich podwaliny podkopie.

 

Jest to więc zagadnienie największej doniosłości: jakie jest właściwe zadanie filozofii? jakim torem i do czego dążyć powinna? Otóż odpowiedź na to zagadnienie jest założeniem niniejszej pracy. Podejmujemy ją, nie w zamiarze wyczerpnienia przedmiotu, bo przedmiot ten podobno granic nie ma, ale w przeświadczeniu, że samo poruszenie tej kwestii nie będzie bez pożytku. Praca ta zdaje nam się tym bardziej na czasie, że w obecnej chwili założenie akademii, zjawianie się coraz częstsze dzieł gruntownych, powstawanie nowych organów poważnej literatury, zwiastują w naszym kraju nowe życie umysłowe, w którym i filozofia udział mieć powinna. Sami też, mając zamiar przy Boskiej pomocy na tym polu pracować, czujemy potrzebę wyświecić swoje stanowisko i utorować sobie drogę, zdając ścisłą sprawę z naszego poglądu na całość filozofii i z powodów, dla których ten, a nie inny kierunek obieramy.

 

Systemu żadnego bezwzględnie bronić nie chcemy; bo jako z jednej strony dalecy jesteśmy od mniemania, że dotychczas filozofowie byli tylko w błędzie i że prawdziwa filozofia ma się dopiero narodzić, tak z drugiej strony żadnemu filozofowi nie przysądzamy nieomylności; owszem sądzimy i w swoim miejscu wykażemy, że taka bezwarunkowa wiara w jakikolwiek płód ludzkiego rozumu jest zgubną dla filozofii zaporą.

 

Nie chcemy też iść za dzisiejszą modą pomijania milczkiem obcych, a zwłaszcza przeciwnych zdań i dowodów. Jest to zaiste wygodny system. Powie się poetycznie za Heglem, że "jak kwiat, wykłuwając się z pączka, rozsadza go i niby mu zaprzecza, jako fałszywemu bytowi rośliny, sam zaś znowu ginie przez zjawienie się owocu; tak jeden system z drugiego się wykłuwając, zbija go tym samym, że się zatwierdza" (7) – a to powiedziawszy, poczyna się od śmiałych twierdzeń. – Za tym przykładem iść nie śmiemy, bo najpierw nie rościmy sobie prawa do przecinania jednym zamachem pióra najważniejszych zagadnień filozofii; jeśli Hegla αυτος εφα nam nie imponuje, tym mniej spodziewać się możemy, aby nasze proste twierdzenie przekonało czytelnika; a po wtóre sądzimy, że prawda tylko zyskać może na zestawieniu zdań i dowodów przeciwnych.

 

Zatem po wstępnym zarysie istoty i zadania filozofii, w którym będziemy usiłowali kojarzyć różne zdania i wykryć głównie to, co jest wszystkim wiekom i systemom wspólne, zwrócimy uwagę na rozmaite drogi i formy filozofii. A najprzód w ogólnym poglądzie na dzieje filozofii szukać będziemy, jakie są owe drogi filozofii, czyli filozoficzne prądy – jakie jest prawo ich toku. Z tego poglądu wykaże się, że cała filozofia przeszłości przedstawioną jest i niejako streszczoną w trzech kierunkach naszego wieku; tj. w kierunku idealistycznym, który w pierwszej połowie wieku panował; w kierunku materialistycznym, który teraz bierze górę, i w kierunku pośrednim, który istnieje w wielu uczelniach katolickich pod nazwą (mniej lub więcej zasłużoną) scholastycyzmu. Taki stan rzeczy uwolni nas od olbrzymiej pracy rozbierania i ocenienia wszystkich filozoficznych systemów przeszłości i pozwoli nam ograniczyć naszą krytykę na owych trzech kierunkach filozofii w naszym wieku. Zaliczamy do nich materializm, bo lubo on dzisiaj wypiera się wspólnictwa z filozofią, jednakowoż ma on pretensję zastąpić ją i rozwiązać najwyższe zagadnienia wiedzy ludzkiej; a z tego względu należy ściśle do naszego przedmiotu. Rozbierzemy tedy z kolei te trzy kierunki historycznie i krytycznie, celem ocenienia ich wartości filozoficznej i rozeznania, który z nich największą daje rękojmię gruntowności i prawdy. To uczyniwszy, będziemy się starali bliżej skreślić samą treść filozofii, rozwiniemy jej całokształt i główne działy. Następnie zastanowimy się nad jej formą, tj. nad rozmaitymi metodami, których w wykładzie i pisaniu filozofii w różnych czasach używano. W końcu określimy jej stosunki do innych umiejętności i do powagi ludzkiej, tudzież do powagi Boskiej, tj. Objawienia, wiary i teologii.

 

Szczupłym siłom swoim nie ufając i mając na oku cel tej pracy, nie będziemy bezwarunkowo zaprzeczać i zbijać, jak tylko co się sprzeciwia prawdzie katolickiej, lub najgłówniejszym zasadom zdrowej filozofii; własnych zaś twierdzeń i poglądów nie chcemy bynajmniej za bezwzględną prawdę przedawać; owszem spodziewamy się od łaskawych czytelników niejednych sprostowań.

 

W każdym razie więcej żądać nie możemy, jak żądał wielki Doktor z Hippony: Crede Augustino probanti Augustino.

 

–––––––––––

 

 

Filozofia i jej zadanie, przez Ks. Mariana Morawskiego T. J., Wydanie drugie uzupełnione. We Lwowie 1881, ss. 5-21.

 

Ks. Marian Morawski, PROFESOR UNIW. JAGIELLOŃSKIEGO. Filozofia i jej zadanie. Wydanie trzecie niezmienione. W Krakowie. SPÓŁKA WYDAWNICZA POLSKA. 1899, ss. VII-XXIV.

 

Przypisy:

(1) Pisałem to r. 1876.

 

(2) Obacz np. Büchnera: Kraft und Stoff, rozdz. Sitz der Seele, str. 135, wydanie VII.

 

(3) Mowa, miana w Berlinie przy otwarciu kursu 15 listopada 1841.

 

(4) Sąd o filozofii pana Cousin i o stanie filozofii niemieckiej rok 1834.

 

(5) Odróżnić należy od tej wikłaniny myśli i mowy ową manię kucia wyrazów filozoficznych, na którą już dosyć narzekano. Z jednej strony wiemy, że filozofia, jak każda umiejętność, potrzebuje swego słownictwa; z drugiej strony jednak sądzimy, że miarę przekraczano i niejeden z naszych filozofów powinien by dodać na końcu swej książki osobny słowniczek. Ale to rzecz podrzędna, ostatecznie albo język ustąpi albo filozofowie – i będzie zgoda.

 

(6) Przeciwną tezę podjął zasłużony w naszej literaturze Libelt. Utrzymuje on w pierwszej części Filozofii i krytyki, że dwa główne dogmaty katolicyzmu: Osobowość Boga i Nieśmiertelność duszy "przed trybunałem rozumu ostać się nie mogą". Atoli sam sposób, jakim tego dowodzi, może służyć za okaz na potwierdzenie tego co mówimy. Całe albowiem jego dowodzenie opiera się na braku właściwego pojęcia tych dogmatów i braku logiczności w rozumowaniach.

 

Co się tyczy pierwszego braku, na próbkę przytaczamy jego pojęcie osoby: "Osoba, mówi autor, w znaczeniu religijnym jest Bóg w potędze tworzenia i działania. Materialność cała jest jego szatą i w tej szacie pokazuje się człowiekowi, to w krzaku ognistym, to jako obłok itd. W takim przeniknieniu się dwóch pierwiastków (materii i ducha), jest tylko możliwość żywota Boga jako indywidualności siebie wiedzącej i działającej, czyli jako osoby". – To chyba w katechizmie Brahminów takie pojęcie osobowości boskiej się znajduje!

 

Co się zaś tyczy drugiego braku, dosyć zauważyć, że dowód, jakim autor stwierdza tę sprzeczność między rozumem a rzeczonymi prawdami, zasadza się po prostu na wyliczeniu systemów filozoficznych od Kartezjusza do Hegla. To wyliczenie pokazuje istotnie, że nowsi filozofowie przyszli faktycznie do zaprzeczenia tych prawd; ale zostaje pytanie, czy przyszli do tego logicznie? bo wówczas dopiero można by powiedzieć, że te prawdy nie mogą się ostać przed trybunałem rozumu. Libelt o udowodnieniu tego zapomina i przeto cały jego wywód mija się z logiką.

 

Zresztą wiemy, że Libelt miał w tym najlepszą wolę, że nie chciał usunąć tych dogmatów, ale wyrugować rozum i zastąpić go umem (tj. wyobraźnią) i to w celu uratowania tych prawd żywotnych z toni panteizmu. Dlatego też oceniamy szlachetne zamiary.

 

(7) Przedmowa do Fenomenologii ducha.

 

© Ultra montes (www.ultramontes.pl)

Cracovia MMIX, Kraków 2009

Powrót do spisu treści książki ks. Mariana Morawskiego SI pt.
FILOZOFIA I JEJ ZADANIE

POWRÓT DO STRONY GŁÓWNEJ: