FILOZOFIA I JEJ ZADANIE

 

KS. MARIAN MORAWSKI SI

 

PROFESOR UNIWERSYTETU JAGIELLOŃSKIEGO

 

––––––––

 

ROZDZIAŁ IX.

 

Materializm sceptyczny i pozytywizm

 

Skąd i od kiedy sceptycyzm w obozie materialistów? – czy zagadnienia nadempiryczne dają się usunąć – czy są nieumiejętne – czy nierozwiązalne – Dubois-Reymonda Ignorabimus. – Pozytywizm jako filozofia materializmu sceptycznego – jego zasady spekulatywne i socjalne – jego rodowód – Kartezjusz, Bako i Comte – czy można odrzucić wszelkie zasady a priori – aprioryzm w matematyce – w naukach przyrodniczych – zasada przyczynowości – jej pochodzenie i doniosłość. – Pozytywizm jest ateizmem i materializmem – skutki jego moralne i społeczne. – Dzisiejsze hasło: sekularyzacja umiejętności.

 

Niedorzeczności, w które się wikła materializm, skoro się bierze do tłumaczenia wszechświata, są tak jawne, że nie mogą nie wpadać w oczy ludziom myślącym, nawet z obozu materialistów. Przeto wielu z nich, widząc z jednej strony, że mnóstwo zagadnień nie da się z ich stanowiska tj. przez samą materię tłumaczyć, a z drugiej strony nie chcąc pod żadnym warunkiem słyszeć o jakimś czynniku niematerialnym lub pozaświatowym, obierają inną drogę: wykluczają po prostu te wszystkie zagadnienia z dziedziny wiedzy ludzkiej, czyli zachowują się względem nich sceptycznie; z tego powodu nazwaliśmy ten kierunek: materializmem sceptycznym.

 

Dawnymi czasy nie było prawie śladu tego kierunku. Materialiści XVIII wieku śmiało o wszystkim dogmatyzowali, tak samo jak dziś dogmatyzuje Häckel; ale za dni naszych sam postęp umiejętności przyrodniczych ukrócił w wielu rzeczach tę śmiałość materializmu i przeto coraz więcej jest dzisiaj takich materialistów-sceptyków. Nie u wszystkich ten sceptycyzm jest równie szczerze wypowiedziany: jedni twierdzą otwarcie, że te zagadnienia są nierozwiązalne, drudzy mówią tylko skromnie, że takowe nie należą do zakresu umiejętności i przeto, że nie trzeba się o nie troszczyć. Nie u wszystkich także ten sceptycyzm bywa równie daleko posunięty: niektórzy, jak Dubois Reymond i wielu fizjologów francuskich, już same objawy psychiczne uważają za nieprzystępne, inni jak Burmeister, Müller, Benedict i szkoła Wiedeńska, te objawy jeszcze tłumaczą materialistycznie, ale nie chcą nic wiedzieć o początku rodzajów, i lubo szczerze materialiści, sprzeciwiają się Darwinowi i wszelkim teoriom ewolucyjnym; inni, a między nimi sam Darwin, wszystko tłumaczą aż do pierwszego pojawienia się życia, ale w tym punkcie ogłaszają bankructwo; innych w końcu i samorództwo nie odstrasza; cały świat od kształcenia się naszego systemu planetarnego, aż do geniuszu Napoleona, atomami i ruchem tłumaczą, ale skąd i od kiedy te atomy, skąd i od kiedy ten ruch, o tym już słyszeć nie chcą: to już, mówią, nie może być umiejętnie badanym.

 

Taka metoda eliminacji byłaby nader wygodną i praktyczną, gdyby tylko była racjonalną; ale niestety tkwi w niej krzycząca nielogiczność – bo każdy sceptycyzm, jakeśmy już nieraz zauważyli, jest z przyrodzenia nielogiczny i sam w sobie sprzeczny. Cóż to znaczy, że takie zagadnienia nie należą do zakresu umiejętności? – że nie należą do astronomii, do chemii, do fizjologii, do historii naturalnej – na to od razu się zgadzamy; więc badacze tych umiejętności mają prawo pomienione zagadnienia pomijać? – niezawodnie. Ale ci panowie odwrotnie wnioskują, że pominąwszy badanie tych zagadnień, mają prawo je dowolnie rozstrzygać. Uznają, że nie można pojąć, jak materia myśli – a mimo to biorą za pewnik, że nie ma pierwiastka niematerialnego, zatem, że materia myśli. Jakimże prawem? Przecież oczywistym jest, że póki nie mogą umiejętnie wykazać, że materia sama myśli, póty bezwarunkowe przeczenie duszy niematerialnej jest nielogicznym i nieumiejętnym. Uznają jedni, że o ile z umiejętności wiadomo, rodzaje są niezmienne, drudzy uznają przynajmniej, że życie nie mogło powstać samorodnie – a mimo to stanowczo odrzucają potęgę Twórczą, jako hipotezę nieumiejętną. Darwin przyznaje, jakeśmy wyżej widzieli, że dzisiejsza umiejętność sprzeciwia się samodzielnemu wytworzeniu się życia z łona materii nieżywotnej – a mimo to odwołuje swoje wyrażenie: "że życie w pierwotną formę tchniętym zostało", jako nieumiejętne (1); a w przedmowie do dzieła: O odmianie zwierząt i roślin swojskich, zupełnie przyznaje się do ateizmu i materializmu. – Cóż to za logika? albo życie powstało samorodnie, albo zostało stworzonym; umiejętność sprzeciwia się powstaniu samorodnemu: więc przypuszczenie stworzenia jest nieumiejętnym!

 

Ale porozumieć się bliżej musimy, co nazywamy umiejętnym. Jeżeli kto nazywa umiejętnym tylko to, co należy do jego fachowej umiejętności, w takim razie naturalista nie tylko pojęcia o Stwórcy, ale zarówno wszystkie rezultaty chemii i matematyki powinien nazywać nieumiejętnymi. Jeżeli zaś umiejętnym nazywamy wszystko, co rozum dowodnie i pewnie wiedzieć może, to najpierw umiejętnym jest pewnikiem, że: albo materia jest istotą bezwzględną i konieczną, albo została stworzoną – że: albo życie powstało samorodnie, siłami natury martwej, albo potęgą Twórcy – że: albo materia sama czuje, myśli, chce, wybiera, albo istnieje w człowieku pierwiastek niematerialny. Po drugie umiejętnym jest twierdzenie, że póki nie zostało dowiedzionym, iż materia jest istotą bezwzględną, że życie powstało samorodnie, że materia myśli itd., póty nie można stanowczo zaprzeczyć wpływu Twórcy na świat i istnienia duszy niematerialnej – a to zaś zaprzeczenie jest po prostu nieumiejętnym. Po trzecie skoro jest bezwzględnie dowiedzionym, że materia nie jest istotą absolutną, że sama nie mogła wytworzyć życia, że nie może ani czuć, ani myśleć, ani chcieć itd. (czego dowody w rozdziale poprzednim w krótkości wskazane), to już umiejętnym jest pewnikiem, że świat jest dziełem rąk Stwórcy i że istnieje dusza, a twierdzenie, że te prawdy nie należą do zakresu umiejętności, jest nieumiejętnym.

 

Ale to dowody średniowieczne, przestarzałe! Że są stare i przetrwały krytykę wieków, to jest raczej zaletą jak przyganą. Zresztą, czy logiczność pleśnieje z czasem? Albo te dowody są logiczne albo nie; jeśli są nielogiczne, niechże wykażą, w czym one grzeszą. Czemuż to żaden materialista o to się jeszcze nie pokusił? A jeśli nie mogą ich logiczności zaprzeczyć, a mimo to nie przyznają im prawdy, to jakimże prawem swoim własnym ufają wnioskom? Odrzuciwszy logikę, już nic nie pozostaje, jak rzucić się w ogólny sceptycyzm, a rozum i umiejętność pożegnać (2).

 

W istocie plebs materialistów nie rozumie, lub wcale nie zna dowodów przeciwnych materializmowi; stąd tyle błahych wykrętów; ale nie brak też materialistów, którzy te dowody znają, rozumieją, czują ich logiczną moc. Widzieliśmy w poprzednim rozdziale, jak jasno i niezbicie Dubois Reymond dowodził, że materia nie może nawet czucia wydać. I cóż stąd wnoszą? – że więc istnieje istota niematerialna? – Bynajmniej! Oni wnioskują, że to zagadnienie jest nierozwiązalne, że to Quadratura circuli. Dubois Reymond kończy swój wspaniały odczyt wykrzyknikiem: Ignorabimus! na wieki nie pojmiemy, skąd powstaje czucie!

 

Gdyby Dubois Reymond był tylko dowiódł, że nie można dociec jak materia czuje, nielogiczność takiego wniosku byłaby mniej krzyczącą – mniej krzyczącą, mówię, bo zawsze byłoby nielogicznością obstawać stanowczo przy tym, że materia czuje, gdy się wyznaje, że nie ma na to umiejętnego dowodu. Ale Dubois Reymond dowiódł, i myśmy poprzednio dowiedli bezwzględnie, nie z hipotez, ale z tego, co pewnie i stanowczo wiemy o materii, że żadną miarą w żadnych warunkach materia sama życia psychicznego wytworzyć nie może. Wyznaje on przy tym, że te fakty psychiczne, jak czucie i myśl, zaprzeczyć się nie dają; a potem zamiast wnieść: więc istnieje czynnik niematerialny – on wnosi: więc ignorabimus! Gdybym panu Dubois Reymond dowiódł, że objaw A nie może pochodzić od przyczyny M, niezawodnie kazałby wnieść, że A pochodzi od jakiejś innej przyczyny N. Gdybym zaś, wykluczywszy tylko przyczynę M, zaraz wniósł: ignorabimus, co by nasz autor na to powiedział?

 

Zagadnienie nierozwiązalne! Quadratura circuli! – co znaczą te wyrazy? Gdyby można dowieść z logiczną koniecznością, z jednej strony, że materia nie może myśleć, z drugiej, że prócz materii nie może istnieć istota duchowa – z jednej strony, że życie nie mogło powstać samorodnie, a z drugiej, że nie mogło być dziełem Twórcy itd., w takim razie zagadnienia skąd ta myśl, skąd początek życia i tym podobne byłyby istotnie nierozwiązalnymi. Ale kiedy tylko jedna strona się dowodzi, a z drugiej albo żadnej racji się nie daje, albo tylko wykrzykniki Büchnerowskie – ogłaszanie tych zagadnień za nierozwiązalne jest po prostu śmiesznością, tak samo jak w powyższym przykładzie śmiesznym byłby wniosek, że skąd A pochodzi, to zagadka nierozwiązalna! to Quadratura circuli! ignorabimus! (3) Zaiste, już wolę takiego Büchnera, który ma le cóurage de ses opinions, który szczerze mierzy okiem doniosłość swych zasad i broni ich otwarcie aż do ostatnich konsekwencyj, aniżeli tych, którzy płaszczem dumnej niewiadomości zasłaniają swój upór i sami zakrywają sobie oczy, aby móc powiedzieć w biały dzień, że nie ma światłości.

 

Ale nie koniec na tym: to sceptyczne uchylenie zagadnień najważniejszych, które u pomienionych przyrodników materialistów bywa tylko sposobem ratowania się, polityką półśrodków, u pozytywistów stało się polityką zasad, systemem, filozofią. Pozytywizm, jakeśmy w rozdziale VII powiedzieli, jest filozofią materializmu sceptycznego, podobnie jak system Hartmana jest filozofią materializmu dogmatycznego.

 

Filozofia pozytywna wylęgła się około roku 1830 z głowy Augusta Comte, podówczas profesora politechniki w Paryżu. W swoim czasie miała ona niemały rozgłos po świecie; nie tylko znakomitości umysłowe Paryża uczęszczały na wykłady Comta, ale nawet słynni pisarze zagraniczni, mianowicie Anglicy, jak Stuart Mill i Brewster, mocno się zajęli tą teorią i otoczyli Comta aureolą reformatora wiedzy ludzkiej i wielkiego człowieka. Dziś pozytywizm wiele utracił ze swej wziętości, zwłaszcza z powodu dziwactw, jakimi Comte w drugim periodzie swego życia upstrzył swój system, przetwarzając go w rodzaj kultu religijnego bożka-ludzkości, z mitami i obrzędami budaistycznego zakroju. Są dotąd we Francji otwarci wyznawcy pozytywizmu, broni go jeszcze pióro zasłużonego w literaturze francuskiej akademika Emila Littré, jednak pozytywizm, jako system filozoficzny, już nie jest potęgą; i nie zatrzymywalibyśmy się nad jego krytyką, gdyby nie to, że niektóre ważne zasady tej teorii są po dziś dzień nadzwyczaj rozpowszechnione po całym świecie uczonym i widocznie uwydatniają się w mnóstwie nowszych dzieł filozoficznych i przyrodniczych.

 

Pomijając historię filozofii pozytywnej, jako też jej stronę niby religijną, o czym, niedawno temu, wyszła w Przeglądzie Polskim dosyć obszerna rozprawa (4), zastanowimy się tylko nad stroną umiejętną, głównie zaś nad tym, co nas obecnie zajmuje tj. o ile ta filozofia jest uwieńczeniem sceptycyzmu materii.

 

Główną tedy myślą i walną zasadą pozytywizmu jest, że jedyna metoda, prowadząca do poznania prawdy, jest metoda pozytywna czyli a posteriori, która zależy wyłącznie na postrzeganiu i indukcji; innymi słowy, że wiedza ludzka powinna i musi się ograniczyć na empirycznym poznaniu faktów i empirycznym wyprowadzeniu praw, według których te fakty po sobie następują – wszystko zaś, co przechodzi ten zakres empirii, mianowicie badanie przyczyn pierwszych i ostatnich, jest tylko fantazją, nie może doprowadzić do rezultatu pozytywnego, właściwie umiejętnego – ba! nawet szkodliwym jest dla wiedzy pozytywnej; a przeto należy wszelkie tego rodzaju zachcianki starannie z pola usunąć.

 

Skądże takie prawo i czym się ono uzasadnia? Otóż Comte opowiada, że "badając dzieje ludzkości i płody rozumu, odkrył wielkie i zasadnicze prawo ducha ludzkiego"; prawo to jest, że każda gałąź wiedzy przechodzi przez trzy ostoje czyli stany. Pierwszy jest teologiczny, kiedy duch ludzki, jeszcze w dzieciństwie, szuka powodu zjawisk postrzeżonych w przyczynach nadnaturalnych, zaświatowych; w tym stanie są znowu trzy kolejne fazy: fetyszyzm, politeizm, monoteizm. Drugi stan jest metafizyczny, w którym duch ludzki tłumaczy sobie zjawiska już nie przez przyczyny zewnętrzne, ale przez siły wnętrzne, przez jakieś jestestwa (entités) ukryte w samej istocie rzeczy. Trzeci na koniec stan jest umiejętny czyli pozytywny, "w którym duch ludzki, przekonawszy się wreszcie o niemożliwości wiedzy bezwzględnej, wyrzeka się badać nad pochodzeniem i przeznaczeniem świata i wnętrznymi przyczynami zjawisk, a dąży wyłącznie za pomocą postrzegania i rozumowania (indukcyjnego) do poznania praw, tj. niezmiennych następstwa i podobieństwa stosunków" (5).

 

Nie tylko zaś ludzkość w swym dziejowym rozwoju przez te trzy stany przeszła, ale też każdy człowiek te same przebywa koleje. "Każdy z nas, mówi Comte, był w dziecinnych latach teologiem, w młodzieńczych metafizykiem, w dojrzałym zaś wieku został pozytywistą" (6). Przez te same trzy fazy przechodzą też za porządkiem prawdziwe umiejętności, tj. 1° matematyka, 2° astronomia, 3° fizyka, 4° chemia, 5° fizjologia, 6° socjologia, czyli fizyka socjalna. Co zaś nie mieści się w tej encyklopedii, to wszystko, podług Comta, nie należy wcale do dziedziny wiedzy ludzkiej. Zadaniem tedy filozofii pozytywnej jest, sprowadzić wszystkie te umiejętności czyli całość wiedzy ludzkiej do stanu pozytywnego, a tak całą ludzkość oswobodzić od zabobonów teologii i złudzeń metafizyki, a nawrócić ją do pozytywizmu.

 

Ale jakżeż zrozumieć to wykluczenie teologii i metafizyki? Czy pozytywizm zaprzecza Boga, duszę i wyższe prawdy? Nie! Pozytywizm właściwie nic nie przeczy, ale po prostu nie uznaje ani Boga, ani duszy, ani żadnych przyczyn, ani żadnej prawdy bezwzględnej, a przyjmuje tylko fakty empirycznie doświadczalne, które wyłącznie nazywa pozytywnymi. Pozytywizm więc odrzuca wszystko co przechodzi empirię, a mimo to nie przyznaje się do materializmu – bo materialista, mówi Littré, to jeszcze metafizyk! Materialista szuka jeszcze przyczyny wszechświata w zbiegu atomów, przyczyny myśli w organizmie, my zaś nie znamy przyczyn (7). Pozytywizm odrzuca wszelką wzmiankę o Bogu, a mimo to nie przyznaje się do ateizmu – bo ateusz, mówi tenże Littré, to jeszcze swoim sposobem teolog (sic)! Ateusz tworzy sobie jakieś pojęcie i zdanie o Bogu: że Go nie ma – a my i tego wiedzieć nie chcemy, i ani negatywnego pojęcia o Bogu nie przypuszczamy (8).

 

Już zaś dla potępienia teologii i metafizyki, a zatwierdzenia pozytywizmu, dowodów żadnych nie potrzeba. "Nie ma wcale potrzeby, mówi Comte, udowadniać zasady, z którą już dziś spoufalili się wszyscy, znający głębiej umiejętności obserwacyjne" (9). Zatem Comte i jego uczniowie nie wdają się w żadną polemikę. Kto chce z nimi się rozprawić, musi najpierw przebyć w całości ich encyklopedyczną edukację i przyjąć bez dyskusji walne zasady pozytywizmu (10); teologowie zaś i metafizycy nie mają żadnego prawa do głosu. Co więcej, aby lepiej zapobiec dyskusjom, Comte chce, żeby wychowanie młodzieży od lat dziecinnych było czysto pozytywnym, tj. żeby najpierw uczono dziecka matematyki, potem astronomii i tak dalej, aż do socjologii; wszystko empirycznie i indukcyjnie. Tym sposobem wykorzeni się wszelkie zarodki teologii i metafizyki, a sam pozytywizm bez walki i dyskusji uszczęśliwi ludzkość.

 

Na tej więc stopie bezwzględnej nieomylności zakonodawca pozytywizmu, w sześciotomowym dziele Cours de philosophie positive, wykłada po kolei owe sześć umiejętności, przedstawiając każdą z nich w świetle pozytywnym. Matematyka, jego zdaniem, będąc najprostszą z wszystkich umiejętności, pierwsza przyszła do stanu pozytywizmu, następnie astronomia, później fizyka i chemia; biologia dopiero za dni naszych wydobywa się z przesądów teologicznych i metafizycznych abstrakcyj; ale najwięcej zacofaną a zatem najwięcej potrzebującą reformy pozytywnej jest socjologia. Przeto gdy wszystkie inne umiejętności mieszczą się w trzech tomach Kursu Comta, drugie trzy tomy zajmuje sama socjologia.

 

Tu dopiero właściwe i swobodne pole pozytywizmu. Wszelkie dotychczasowe ustroje społeczne sprowadza oczywiście Comte do polityki teologicznej i polityki metafizycznej. Polityka teologiczna podług niego jest ta, która władzę wyprowadza z góry, od Boga; takowa jest na dzisiaj zbyt wsteczną, bo nie może bez sprzeczności z swymi zasadami (?) popierać rozwoju handlu, przemysłu, nauk itd. Polityka metafizyczna, która początek władzy osadza w ludzie (souveraineté du peuple), naturalnym następstwem rząd uważa za wroga społeczeństwa, szpieguje go, podejrzewa, ścieśnia ile może, domaga się wolności sumienia, prasy, nauczania, mianowicie zaś wolności roztrząsania kwestyj społecznych; jednym słowem, ta polityka jest krytyczną, jak każda metafizyka. Zatem i ona nie odpowiada już potrzebom czasu; roztrząsanie bowiem wszystkiego i samych nawet podstaw społeczeństwa musi być powodem ciągłych zaburzeń, wolność, do której dąży ta polityka, jest czystą anarchią. Nic więc nie pozostaje, jak tylko uciec się do trzeciej tj. pozytywnej polityki; ta jedna zbawi ludzkość, ta jedna da społeczności ludzkiej trwałą podstawę, godząc stanowisko polityczne ze stanowiskiem umiejętnym, wykluczając ze sfer społecznych niemniej jak z przyrody wszelki udział wolnych woli, czy to boskich czy ludzkich i sprowadzając zjawiska polityczne do tych samych praw, które rządzą zjawiskami fizycznymi (11).

 

Na czymże tedy zależy polityka pozytywna? Krótko mówiąc, jest to czystej krwi socjalizm – do czego sam Littré przyznaje się bez ogródki (12). Pozytywistyczny ustrój społeczeństwa (jak z natury socjalizmu wypływa), jest niby republikański, a najabsolutniejszy w świecie, nie znający ani wolności osobistej, ani żadnej tolerancji (13). Ludzie podług Comta, będąc esencjonalnie nierównymi, powinni być klasyfikowani (jak chrząszcze w pudełku) podług swoich przymiotów. Zatem prócz tych, którzy są szczególnie uposażeni do polityki, nikt nie ma mieć prawa wtrącania się w sprawy publiczne, tym mniej krytykowania rozporządzeń władzy. Władza powinna być dwojaka: duchowa, złożona z kapłanów (tj. ludzi myślących, oddanych badaniom wyższych umiejętności, kapłanów ludzkości) i doczesna, złożona z bankierów.

 

Bankierzy mają rządzić, a kapłani im doradzać i czuwać głównie nad wychowaniem pozytywnym młodzieży. Formułka społeczna podana przez Comta jest: Gouvernement du capital ou du banquiers, conseillé par le sacerdoce. Świat ma być podzielony na tyle rzeczypospolitych, ile jest większych miast. Każda z tych rzeczypospolitych ma być rządzoną przez triumwirat bankierów z doradcami stanu kapłańskiego. Wszystkie zaś te państewka mają podlegać "stałemu soborowi Kościoła pozytywnego", złożonemu z ośmiu Francuzów, siedmiu Anglików, sześciu Włochów, pięciu Niemców i czterech Hiszpanów; – inne narody (podobno dla braku zdolności politycznych) nie mają głosu w tym najwyższym sanhedrynie. Wreszcie na szczycie wszystkiego stoi nieomylny arcykapłan ludzkości, August Comte.

 

Oto treść pozytywizmu: przejdźmy do krytyki. Comte bez wątpienia żąda dla siebie patentu wynalazcy; lecz przy tym czując, że dobrze jest mieć za sobą plecy, opiera się śmiało na Bakonie i Kartezjuszu, nazywając ich swymi poprzednikami i pierwszymi zakonodawcami pozytywizmu (14). Co się tyczy Kartezjusza, trudno pojąć, jak Comte mógł tak dalece się uwieść. Jeśli kiedy był jaki szczery apriorysta i śmiały metafizyk, to pewnie Kartezjusz. Przecież na pierwszej stronie swoich Zasad filozofii Kartezjusz stawia analizę idealną (ce qui est contenu dans l'dée claire et distincte) za najwyższe kryterium prawdy; stąd natychmiast wnosi a priori istnienie Boga, a na Bogu opiera nie tylko cały porządek realny, jako stworzony, ale także cały porządek idealny, uważając pewność naszej wiedzy jako zawarunkowaną i zagwarantowaną przez prawdziwość Boską. Kartezjusz był też fizykiem i matematykiem – i może z tego powodu Comte go za swojego poczytuje, bo pozytywiści uważają te umiejętności za jedno z pozytywizmem; – ale właśnie sam Kartezjusz, zarazem niepospolity matematyk, fizyk, metafizyk i teolog (w znaczeniu Comta), jest żyjącym dowodem, że się w tym roszczeniu pozytywiści łudzą i że matematyka i fizyka, godząc się z metafizyką i teologią, nie przyznają się wcale do pozytywizmu.

 

Co się tyczy Bakona, widzieliśmy poprzednio jego orzeczenie umiejętności, wręcz przeciwne istocie pozytywizmu: Vere scire est scire per causas. A lubo Bako kładzie nacisk na metodę indukcyjną, to jednak nie uważa jej wcale za wyłącznie prawdziwą i wyłącznie pożyteczną, jak tylko w badaniu natury. Już zaś prócz filozofii natury, Bako uznaje filozofię o człowieku i filozofię o Bogu, a prócz tych trzech działów filozofii szczególnej, ma on jeszcze filozofię ogólną, philosophia prima. Bako więc nie jest pozytywistą, ale metafizykiem a nawet teologiem, w znaczeniu Comta. Wszelako prawdą jest, jakeśmy gdzieindziej powiedzieli, że Bako dał w nowszych czasach pierwszy popęd do empiryzmu. Filozofia natury była najsłabszą stroną Scholastyki, podówczas jeszcze panującej, i niezawodnie Scholastyka grzeszyła w tej dziedzinie aprioryzmem i brakiem indukcji; w tę stronę więc uderzył Bako, zaniechawszy prawie wszystkie inne filozofii części, pokazał wielkie w ówczesnej znajomości natury niedostatki i podał indukcję jako jedyny środek zaradczy. Tym sposobem sprawił on, mianowicie w Anglii, potężny zwrot umysłów ku filozofii natury i metodzie indukcyjnej; ten kierunek zaś przeszedłszy do przesadnej wyłączności, wywołał empiryzm Hobbesa i Lockego, jako też nowszej szkoły angielskiej tak zwanych filozofów natury – skąd do teorii Comta tylko krok pozostawał.

 

Taki jest rodowód pozytywizmu – rodowód, który mu mało przynosi honoru, gdyż jest po prostu degeneracją. Uważmy już same zasady. Postrzeganie faktów i indukcja, to jedyne źródła prawdy! precz z aprioryzmem! precz z abstrakcjami! Wybornie: oto zasada stanowczo wypowiedziana; ale patrzmy, jaki nam dają przykład w jej zastosowaniu sami założyciele pozytywizmu. Nie tylko, że nie ma prawie kartki w dziełach Comta i Littrégo, gdzie by nie zdarzył się wniosek a priori, ale nieraz nawet Comte tak dalece się zapomina, że aprioryzm stawia wyraźnie jako zasadę, i tak np. mówi, że "głównie a priori z pojęcia istoty badań filozoficznych, należy zatwierdzić wyższość ducha socjologicznego nad wszelkim innym trybem" (15); – gdzieindziej mówi: że "jedynie stanowisko abstrakcyjne odpowiada jego rozprawom" (16) itd.

 

Precz z aprioryzmem! jeżeli gdzie, to w historii należałoby się trzymać tej zasady. Otóż nikt tyle nie buduje a priori w historii, ile sami pozytywiści. Jakież np. fakty, jakież historyczne źródła dowodzą, że wszystkie umiejętności przeszły przez wspomniane trzy fazy? W jakim to np. wieku matematyka była teologiczną, a astronomia metafizyczną? Gdzież dowody empiryczne, że wszystkie ludy na najniższym życia społecznego stopniu, czciły fetysze, a potem przechodząc przez politeizm, wzniosły się do monoteizmu? Przecież wiadomo, że Egipcjanie może najwyżej ucywilizowani w starożytności, mieli religię najwięcej zbliżoną do fetyszyzmu, a żydzi między nimi mieszkający, czcili jednego i duchowego Boga. Wiadomo też, że wiele dzikich plemion Ameryki, niezawodnie mniej ucywilizowanych niż Grecy i stare azjatyckie narody, czciło tylko Wielkiego Ducha, miało więc pięknie wyrobiony monoteizm. A to prawo przez Comta skonstatowane, że każdy musi być w dzieciństwie teologiem, w młodzieńczym wieku metafizykiem, w dojrzałym pozytywistą, na jakiejże opiera się indukcji? – Być może, że pan Comte przeszedł te koleje, ale ja znam wielu ludzi, którzy odwrotną szli drogą: za młodu właśnie byli pozytywistami, a w dojrzalszym wieku teologami zostali.

 

Jakoż wpadać w sprzeczność ze sobą, jest to, jakeśmy już nieraz postrzegli, słabostką wielu filozofom wspólną. Nie nalegajmy zatem więcej z tej strony, a uważmy tylko same podwaliny pozytywizmu, czysto obiektywnie. Walna zasada filozofii pozytywnej tj. odrzucenie wszelkiego rozumowania a priori i wszelkiej dedukcji, jest po prostu (sit venia verbo) walną niedorzecznością. Na czymże stoi pierwsza z umiejętności przez pozytywizm uznanych, matematyka, jeśli nie na czysto racjonalnej dedukcji? Toteż matematyka dziwnie trapi Comta. W pierwszej lekcji swego kursu pomija ją całkiem i tylko pięć umiejętności wymienia; w drugiej, uznając, że tę dziurę załatać trzeba, bierze się do dowodzenia, że i matematyka jest umiejętnością pozytywną. Jest to zaiste twardy orzech, ale bądź co bądź trzeba go zgryźć. Więc (jak biegły taktyk) Comte dzieli tę wrogą matematykę na dwie części, na matematykę oderwalną (le calcul) i matematykę konkretną (geometrię i mechanikę); pierwszą stara się poniżyć, nazywając ją czystym narzędziem; ale przy tym wyrywa mu się wyznanie, że jest czysto racjonalną (dedukcyjną, apriorystyczną); o drugiej zaś, mianowicie o geometrii mówi, "że to umiejętność przyrodnicza, tylko prostsza i doskonalsza od innych, a właśnie ta jej prostota jest dla wielu powodem uważania jej za umiejętność czysto racjonalną; błąd ten bardzo pospolity jest zabytkiem ducha metafizycznego".

 

Trudno pojąć, jak były profesor matematyki może coś podobnego o matematyce prawić. Prawda, że gdy dowodzimy jakiego teoremu o trójkącie, używamy zwykle trójkątu na papierze nakreślonego; ale czy te dowody są indukcyjne? czy Comte mierzył kątomierzem tysiące trójkątów, aby wyprowadzić ogólne prawo przyrody, że w każdym trójkącie suma kątów równa się dwom prostym? W końcu nie jestże oczywistym, że w rozumowaniach matematycznych i geometrycznych nie używamy wcale cyfr, liter i figur, jako faktu, na którym by się ogólne prawa opierały, ale tylko jako zewnętrznej pomocy, która służy do utkwienia myśli i wspierania pamięci?

 

Comte wyznaje przynajmniej, że matematyka oderwana jest czysto racjonalną: cóż więc wynika? – albo trzeba odrzucić pewność wniosków matematycznych, a wówczas jakaż pewność się ostoi? – albo przyznać, że rozum ludzki może dojść prawdy rozumowaniem dedukcyjnym i a priori, a wówczas jakże się utrzyma główna pozytywizmu zasada? – Może kto powie, że matematyka stanowi wyjątek, że w niej samej można używać dedukcji, a poza nią tylko indukcji. Ale jakże takie prawo wyjątkowe uzasadnić? Ba! nawet jest w tym widoczna sprzeczność: bo gdy tu bronimy rozumowań idealnych i wniosku dedukcyjnego, rozumie się, że nie jest mowa o jakimkolwiek dowolnym i nielogicznym wnioskowaniu, ale tylko o rozumowaniu logicznym i prawidłowym, czyli innymi słowy o sylogizmie, wiadomo bowiem, że wszelkie wnioski dedukcyjne są co do treści sylogizmem lub sylogizmów układem; już zaś rozumowania matematyczne na tym samym zasadzają się sylogizmie; więc albo trzeba odrzucić pewność matematyczną, albo uznać w ogóle, że rozum ludzki jest zdolny rozumowaniem dedukcyjnym i a priori osiągnąć niepochybnie prawdę.

 

Zresztą nie potrzeba nam uciekać się do matematyki, bierzmy same umiejętności indukcyjne: czy one mogą obejść się bez zasad metafizycznych i rozumowań racjonalnych? Któż nie wie, że empiria sama daje nam tylko wiadomość o objawach pojedynczych i warunkowych? skądże więc się bierze ogółowość i konieczność praw natury? – skąd w każdej umiejętności ta ogółowość i konieczność, jako niezbędna jej treść – gdyż, jakeśmy gdzieindziej powiedzieli, omnis scientia de necessariis? – Nietrudno by pokazać, że źródłem wszelkiej ogółowości i wszelkiej konieczności w wiedzy ludzkiej są zawsze jakieś zasady metafizyczne a priori (nie w znaczeniu Kanta, ale analitycznie z pojęć wyprowadzone). Atoli pozytywiści nie lubią racji ogólnych, przypominających metafizykę; zastosujmy się więc do nich i zastanówmy się nad jakimkolwiek szczegółem; np. fizyka uczy, że każda ciecz ma swój stały punkt wrzenia. Pytam pana Comta, skąd o tym wie? Stąd, że zrobiono w tej mierze mnóstwo doświadczeń, które zawsze ogólność i stałość tego prawa pokazały. Gdybym pytał dalej, dlaczego p. Comte tak stanowczo wierzy swoim zmysłom, odnośnie do własnych doświadczeń, chociaż wie, że nieraz w pojedynczych wypadkach zmysły go oszukały; tudzież, ponieważ nie na swoich tylko doświadczeniach tak ogólne prawo gruntuje, dlaczego wierzy świadectwu innych uczonych, chociaż wie, że każdy człowiek omylić się i skłamać może – musiałby pan Comte, chcąc nie chcąc, oprzeć się na rozumowaniu czysto racjonalnym i powołać się na niejedną metafizyczną zasadę, a między innymi na znienawidzoną zasadę przyczynowości. Ale daruję mu tę stronę formalną, a uważam treść tylko obiektywną. Zrobiono, dajmy na to, milion doświadczeń na rozmaitych cieczach w najrozmaitszych warunkach i milion razy pokazała się stałość punktu wrzenia. Ale z jakiegoż powodu nasz fizyk twierdzi, że wszystkie ciecze, we wszystkich przypadkach miały i mieć będą stały punkt wrzenia? Wszak sama empiria podaje nam wiadomość tylko o onych 1.000.000 wypadkach – skąd przejście do przypadku 1.000.001 – tym więcej, skąd wniosek o wszystkich?... Comte może się znajdzie w kłopocie, bo podobno nigdy się nad tym nie zastanowił. Pytajmy więc Bakona, zwanego ojcem indukcji: – Bako nam powie, że z tych doświadczeń wynika, że ten stały objaw nie pochodzi od zewnętrznych okoliczności, ponieważ doświadczenia działy się w okolicznościach najrozmaitszych; więc musi pochodzić z natury cieczy, jako takiej, bo bez przyczyny być nie może, a natura cieczy jest jedyną przyczyną w tych wszystkich wypadkach wspólną; więc gdziekolwiek jest ta natura, tam musi się iścić ten objaw, czyli wszelka ciecz musi zawsze wrzeć w stałym stopniu ciepłoty. – Każdy widzi, że to rozumowanie opiera się na zasadach czysto metafizycznych, jako to: że każdy skutek musi mieć odpowiednią przyczynę, że stały skutek nie pochodzi od zmiennych przyczyn, że przyczyna konieczna zawsze iści swój skutek itd. – Każdy widzi także, że nie tylko pomienione prawo o wrzeniu cieczy, ale wszelkie prawa ogólne i konieczne w jakiejkolwiek umiejętności empirycznej tym sposobem się wyprowadzają, tj. że w empirii biorą tylko jakiś materiał, a swą ogólność i konieczność (co stanowi istotę prawa natury) zaczerpują od pewników i zasad metafizycznych i a priori znanych.

 

W praktyce my używamy co chwila takich zasad metafizycznych bez refleksji i jakoby z instynktu; bo pojąwszy je od razu w świetle ich oczywistości, posiadamy je habitualnie, co chwila na podstawie tych zasad rozumujemy i wnioskujemy i mocą tychże zasad z pojedynczych objawów przechodzimy do praw ogólnych, nie reflektując nad procesem logicznym, który w takim przejściu czynimy. Tym sposobem zdarzyło się Comtowi i zdarza się wielu innym, że bronią ogólnych praw natury, a przeczą wszelkie zasady metafizyczne i wszelką pewność a priori – nie postrzegając, że nawet w ich głowie owa ogółowość praw natury na tychże samych zasadach stoi. Ta niebaczność da się wytłumaczyć psychicznie, ale logicznie jest ona zawsze niedorzecznością.

 

Cośmy powiedzieli o zasadach metafizycznych w ogóle, stosuje się w szczególności do zasady przyczynowości, przeciwko której osobliwie powstają pozytywiści. Precz z przyczynami, mówią, nic o przyczynach nie wiemy! – Jak to? wiemy przecież, że przyczyną ruchu pociągu jest lokomotywa – że przyczyną ruchu lokomotywy jest prężność pary – że przyczyną tej prężności jest ciepło (prawdopodobnie zwiększenie ruchu molekularnego) – że przyczyną tego ciepła pary jest palenie w piecu (tj. gwałtowne łączenie się tlenu z powietrza z węglikiem węgla lub drzewa) – w końcu że przyczyna tego palenia jest głównie w naturze, jeszcze nie dość znanej, węglika i tlenu, które w danych warunkach, tu przez człowieka wywołanych, gwałtownie się łączą. – Wiemy więc dobrze, że są przyczyny. Wiemy także, co jest przyczyna, bo odróżniamy doskonale przyczynę od skutku i związek przyczynowy od prostego następstwa: nikt np. nie bierze dymu wychodzącego z komina lokomotywy, albo wiatru przy ruchu pociągu powstającego, za przyczynę tegoż ruchu pociągu. W końcu wiemy doskonale, że nic nie może się stać bez przyczyny, czyli że zasada przyczynowości jest bezwzględnie konieczną: gdyby pan Comte widział pociąg jadący bez lokomotywy, pewnie przypuściłby, że ten pociąg został przez coś pchnięty i pędzi ruchem nabytym, albo że w którymś z wagonów ukryta jest jakaś maszyna, działająca tak samo jak lokomotywa, albo że wiatr lub jakakolwiek inna siła natury, znana lub nieznana, prze te wagony. Ale gdybym mu utrzymywał, że bez wiatru i bez pary i bez żadnej zgoła przyczyny wnętrznej lub zewnętrznej same wagony poczęły się pomykać, niezawodnie pan Comte sądziłby, że z niego żartuję. A dlaczego? bo i sam jest mocno przekonany, że nic się nie staje bez przyczyny, i wie, że wszyscy ludzie są o tym przekonani. Jakimże tedy czołem p. Comte mówić może: "Precz z przyczynami?".

 

Ale powie kto, że to tylko prawo empirycznie czyli przez indukcję znane. Tym ci gorzej dla pozytywistów: jeśli nas empiria poucza o niezbędnej konieczności przyczyn, czemuż pozytywiści, patronowie empirii, odrzucają przyczyny? Atoli łatwo się przekonać, że nasza pewność o zasadzie przyczynowości nie pochodzi z samej empirii, ale z analizy pojęć, a priori. Dziecko skoro poczyna używać rozumu, zaraz pyta o przyczyny tego, co widzi; sam Comte twierdzi, że rozum ludzki w swym dzieciństwie szuka przyczyn wszystkiego w istotach pozaświatowych; dzicy ludzie niemniej są przekonani o konieczności przyczyn, aniżeli nasi uczeni przyrodnicy; wreszcie wszyscy mamy o tej zasadzie taką pewność bezwzględną i bezwarunkową, jakiej nie mamy nigdy w dziedzinie praw natury, ale tylko w rzeczach matematycznych tj. w dziedzinie wiedzy czysto racjonalnej i analitycznej. Zresztą oczywistym jest, że postrzeżenia empiryczne nic innego odkryć nie mogą, jak tylko objawy po sobie następujące; już zaś związek następstwa, jakkolwiek stały, nie jest jeszcze wcale związkiem przyczynowości. Skądże więc wiemy, że wszystko co się staje, musi mieć przyczynę? Oto stąd, że gdy widzimy, iż się coś staje, rozumiemy, że ta rzecz nie istnieje przez się, nie ma w sobie racji swego bytu, gdyż przed chwilą nie była, zatem że racja jej bytu jest gdzieindziej, w innej rzeczy. Już zaś rzecz, zawierająca rację bytu drugiej rzeczy, jest właśnie tym, co nazywamy przyczyną. Innymi słowy: pojmujemy a priori, że jest metafizyczna niemożliwość, aby nicość wydała byt; stąd gdy widzimy powstający nowy byt, rozumiemy, że się tu inny jakiś byt przyczynił. Wniosek ten w tej oderwanej formie może się wyda trudnym, ale w gruncie rzeczy ta prawda jest tak oczywistą, że w konkretnych wypadkach nie tylko rozum prostaka, ale nawet rozum dziecka, które myśleć poczyna, natychmiast ją uchwyci (17).

 

Na koniec jak według powyższych dowodów, wykluczenie analitycznych zasad znosi wszelką umiejętność – bo: omnis scientia de necessariis, tak również wykluczenie przyczyn znosi wszelką umiejętność – bo wszelka umiejętność jest wiedzą przez przyczyny: scientia est cognitio per causas.

 

Zatrzymaliśmy się nad tym przedmiotem nieco dłużej, bo tu szło nie tylko o zbicie mrzonek pozytywistów, ale głównie o wyjaśnienie rzeczy tym, którzy powstają przeciwko filozofii w ogóle, a w szczególności przeciwko metafizyce, twierdząc, że poza empirią nie ma nic pewnego. – Gdyby tak było, odpowiadamy, nie byłoby żadnej umiejętności możliwej, a o samej naturze tyle tylko byśmy wiedzieli, ile wie nierozumne zwierzę, które zna po prostu objaw, na który patrzy, nie wiedząc ani przyczyn ani praw ogólnych.

 

Jakoż, przypatrzywszy się tym doktrynom pozytywistów, stawiamy sobie naturalnie pytanie: czemu pozytywizm, będąc co do treści zasadą czysto negatywną, nazywa się, jak na przekór, pozytywizmem? Podobno jakiś filolog wywodził słowo canis od non canere, a lucus od non lucere; ale pozytywistów nie należy posądzić o taką naiwność; owszem w tym słowie "Pozytywizm" ukrywa się cała taktyka. Nasz wiek, jakeśmy już wyżej zauważyli, łatwo się daje olśnić szczęśliwym słowem; nazywając tedy pozytywizmem system, który wyklucza wszystko, co pod zmysły nie podpada, wmawia mu się nieznacznie, że tylko materia jest czymś pozytywnym, tj. rzeczywistością, duch zaś i wszystko co materią nie jest, tylko fikcją lub abstrakcją, a wszelka wiedza nadempiryczna przypuszczeniem, hipotezą. Takowa taktyka aż nadto się udaje i ten przewrotny sposób mówienia coraz więcej się szerzy, sprawiając przewrót w sposobie myślenia.

 

W końcu narzuca się jeszcze pytanie: co przywiodło pozytywistów i innych empirystów do tak dziwacznej teorii, niemającej za sobą żadnych dowodów, a przy tym tak wstrętnej rozumowi ludzkiemu i tak nieużytej, że sami muszą co chwila od niej odstępować i w widoczne wpadać sprzeczności. Trudno tu nie widzieć parcia tej samej sprężyny, której wpływ wytknęliśmy w chorobliwych teoriach materializmu dogmatycznego. Jest to zawsze ten sam paniczny strach spotkania się z Bogiem. Owi materialiści, uciekając przed tym widmem, odważają się na przypuszczanie najniedorzeczniejszych przyczyn, by tylko minąć się ze Stwórcą wszechrzeczy – ci materialiści uważają za stosowniejsze znieść po prostu przyczyny, znieść wszystko co bezwzględne i konieczne, zakazać nawet badania przyczyn, mianowicie przyczyn sprawczych i celowych, bo nie tajno im, że skoro rozum pocznie szczerze zaciekać się w bezwzględność i konieczność, to musi dojść w końcu do podstawy wszelkiej czy realnej czy logicznej konieczności, tj. do Istoty bezwzględnie i koniecznie istniejącej – nie tajno im, że skoro rozum pocznie badawczo postępować z przyczyny do przyczyny, to musi w końcu trafić na pierwszą przyczynę sprawczą i ostatnią przyczynę celową wszechrzeczy tj. na Tego, który jest Alfą i Omegą wszystkiego – Pleniores haustus in philosophia, rzekł Bako, ad Deum adducunt.

 

Pozytywizm więc jest ateizmem i materializmem gorszym jeszcze od ateizmu i materializmu Büchnerów i Cabanisów, tym gorszym, że jest mniej szczery, a przecież radykalniejszy; dla niego, jakeśmy widzieli, ateusz jest jeszcze teologiem, a materialista jeszcze metafizykiem. Ów zaś empiryzm, który wszystkie nadempiryczne zagadnienia pomiata jako "nieumiejętne", albo je opieczętowuje wiekuistym Ignorabimus, może z mniejszą świadomością, ale nie mniej istotnie stoi na tych samych zasadach. Te wszystkie więc kierunki prowadzą do tego samego celu.

 

Sekularyzacja umiejętności – oto hasło, pod którym za dni naszych bezbożność usiłuje rugować Boga z umiejętności, tak samo jak pod hasłami sekularyzacji wychowania, sekularyzacji małżeństwa, sekularyzacji prawa, polityki itd., ruguje Go ze stosunków rodzinnych i socjalnych, a usiłuje całą ludzkość w pogaństwo, ba! nawet w nihilizm pogrążyć. W umiejętności ta dążność jest może groźniejszą, niż w jakimkolwiek innym zakresie, bo tu zaraża ona sam sposób myślenia, który jest podstawą sposobu życia i działania. Gdzieindziej pokazaliśmy, do jakich następstw w porządku moralnym i społecznym prowadzi panteizm idealny szkoły niemieckiej, przez to, że znosi odpowiedzialność i pojęcie Boga osobowego. Otóż widocznym jest, że materializm daleko gorsze mieć musi skutki. Idealizm zostawia przynajmniej człowiekowi jakieś poczucie swej godności, co w braku lepszej pobudki, może go jako tako dźwigać na drodze obowiązku i uczciwości – materializm zaś nie tylko odbiera człowiekowi wszelkie pobudki nadziemskie, ale nawet samego człowieka zniża do rzędu nierozumnych zwierząt. W idealizmie człowiek, choć nie zna Boga nad sobą, uznaje jednak swą zależność od rozumu, uznaje jakieś imperativum categoricum, przynajmniej maszkarę sumienia – w materializmie zaś już nic nie uznaje, jak tylko prawa materii, i samego rozumu nie odróżnia już od zmysłowego poczucia. Idealizm (co najważniejsza) zostanie na zawsze nauką eisoteryczną pewnego grona uczonych, nie udzieli się masom, bo go masy nie pojmą, zatem tylko pośrednio na ludność wpływać może – materializm zaś od razu wsiąka aż do najniższych warstw społeczeństwa. Już dziś proletariat zaludniający przedmieścia i fabryki Anglii i Francji pojął tę filozofię od pierwszych jej zasad aż do ostatnich moralnych i społecznych konsekwencyj. Komuna paryska była tylko odtworzeniem pierwotnego i naturalnego stanu rodzaju ludzkiego podług teorii Darwina (18).

 

Może kto powie, że idziemy za daleko, że odsądzamy wszystkich materialistów od czci i honoru; – bynajmniej! Nie przeczymy, że zdarzają się i między materialistami ludzie zacnego charakteru. Ale twierdzimy, że u takich praktyka nie płynie z teorii i że co u nich jest zacnego w charakterze i prawego w postępowaniu, to nie pochodzi z ich zasad materialistycznych, ale już to z wychowania chrześcijańskiego, już to z wpływu atmosfery społecznej i cywilizacji wyrobionej na zasadach chrześcijańskich. Skoro by zaś materializm owładnął całe społeczeństwo i zatarł ostatnie ślady chrystianizmu, twierdzimy, że nie byłoby innej moralności, jak moralność skreślona przez Cabanisa i innego życia społecznego, jak socjalizm Hobbesa. Dowód tego twierdzenia leży na dłoni w samych zasadach materializmu.

 

Atoli, Bogu dziękować, materializm nie może odnieść stanowczego zwycięstwa, tj. nie może mieć racji wobec rozumu i umiejętności – bo ten odblask światłości Bożej, którym według Pisma, "nacechowany jest" duch człowieka, nie da się zatrzeć i przeto materializm, jakeśmy widzieli, fatalną koniecznością, brnąć musi w niedorzeczne przypuszczenia i w ustawiczne ze sobą samym sprzeczności. Próżno usiłuje on zmieniać co chwila postaci i nazwiska, próżno się zamyka w sceptycznej niewiadomości rzeczy wyższych: w samym schronieniu sceptycyzmu ściga go niedorzeczna sprzeczność i ta sprzeczność wiecznie zadaje mu kłam. Mentita est iniquitas sibi (19).

 

–––––––––––

 

 

Filozofia i jej zadanie, przez Ks. Mariana Morawskiego T. J., Wydanie drugie uzupełnione. We Lwowie 1881, ss. 213-237.

 

Ks. Marian Morawski, PROFESOR UNIW. JAGIELLOŃSKIEGO. Filozofia i jej zadanie. Wydanie trzecie niezmienione. W Krakowie. SPÓŁKA WYDAWNICZA POLSKA. 1899, ss. 205-231.

 

Przypisy:

(1) Słowa Darwina zacytowaliśmy w poprzednim rozdziale. W późniejszych wydaniach dzieła: O pochodzeniu rodzajów Darwin wypuścił nawet to wyrażenie.

 

(2) Tak tu słowa: "kwestie nieumiejętne" i "dowody przestarzałe" są tylko zasłoną i schronieniem dla sceptycyzmu i materializmu, tak i wiele innych jest słów czczych lub na niewłaściwe przekręconych znaczenie, których się do tego samego używa celu. Tak np. zasadę przyczynowości (że nic się nie staje bez przyczyny) nazywają potrzebą przyczynowości (Causalitätsbedürfniss) – jakoby ta zasada była tylko psychicznym wymaganiem naszego umysłu, nie zaś prawdą przedmiotową i konieczną. Podobnie nazywają hipotezą wszystko, co przechodzi sferę empirii, a abstrakcją wszystko co nie jest materią – jakoby poza empirią nie było nic pewnego, a ponad materią nie było rzeczywistości. Gdy się spotykają z zasadami lub dowodami przeciwnymi ich teorii, zbywają je od razu, mówiąc, że to stanowisko zwalczone (ein überwundener Standpunkt) itd.

 

To wszystko znaczy tyle, co zasłaniać się słowami. Słaby to puklerz który nie wytrzyma pierwszych pocisków krytyki rozumowej, ale wystarcza tym ludziom do zasłaniania sobie oczu przed światłością prawdy. Że zasada przyczynowości jest przedmiotowo prawdziwą i niewątpliwą, tudzież że poza empirią jest wiele prawd nie mniej pewnych jak pewniki empiryczne, zobaczymy to nieco niżej, mówiąc o pozytywizmie. Owo zaś nadużycie słów hipoteza i abstrakcja nie zasługuje na inną odpowiedź, jak odesłanie do słownika i propedeutyki. Aby duszę i Boga nazwać abstrakcją, trzeba by wprzód dowieść, że nie może być podstawy czyli substancji niematerialnej, duchownej; u żadnego zaś materialisty nie widziałem dowodu ani pokuszenia się o dowód tego założenia. Hipotezą zaś jest przypuszczenie przyczyny, która tłumaczy objawy istniejące, ale której istnienie nie jest jeszcze pewnym, bo jeszcze nie wiadomo, czy te same objawy nie mogą pochodzić od innej przyczyny, czy się nie mogą inaczej tłumaczyć. Ale skoro się dowiodło wprost, że ta przyczyna istnieje, albo że te objawy nie mogą od innej pochodzić przyczyny, już przypuszczenie takowej przestaje być hipotezą, a staje się tezą, pewnikiem.

 

(3) W istocie zagadnień bezwzględnie nierozwiązalnych nie ma. W wielu niezawodnie kwestiach nie doszliśmy jeszcze do gruntu, w wielu może nigdy nie dojdziemy: – są to zagadnienia nierozwiązalne względem nas, i że tak powiem, negatywnie – o ile, że nie mamy danych do ich rozwiązania potrzebnych. Ale nie ma i być nie może zagadnień bezwzględnie i pozytywnie nierozwiązalnych, tj. takich, w których logiczna konieczność prowadziłaby do wniosków sobie przeciwnych. Gdyby zaś takowe były, wynikałoby, że rozum logiczną koniecznością prowadzi do błędu, zatem, że trzeba pożegnać wszelką filozofię, wszelką umiejętność i wszelką prawdę. Dlatego też zawsze sceptycy marzyli o takich zagadnieniach; sofiści greccy o insolubillach Kant o antynomiach.

 

(4) Pozytywizm i jego wyznawcy w dzisiejszej Francji przez dra Teofila Ziembę w Przeglądzie Polskim r. 1872. Zeszyty z lipca, sierpnia i września.

 

(5) Auguste Comte, Cours de philosophie positive.

 

(6) Cours de philosophie positive. Tom I, str. 11.

 

(7) La philosophie positive. Revue rédigée par Littré et Wyrouboff. Tom I, str. 21.

 

(8) "En dépit de quelques apparences, la philosophie positive n'accepte point l'Athéisme. A le bien prendre, l'athée n'est point un esprit véritablement emancipé, c'est encore à sa manière un théologien". Littré, Paroles de philosophie positive, p. 26.

 

(9) Cours de philosophie positive. Première leçon, p. 14.

 

(10) "Nous ne pouvons écouter que ceux qui ont fait ou qui auront fait les memes études que nous". Littré, Paroles de philosophie positive, p. 52. Ciekawym, co by powiedział pan Littré, gdybym prawił i pisał przeciwko pozytywizmowi, a na jego repliki odpowiadał: Nie mogę z panem przyjmować dyskusji, póki pan nie odbędziesz nowicjatu i kursu teologii jezuickiej.

 

(11) Cours de philosophie positive. Tom IV, str. 147.

 

(12) Philosophie positive. Revue. Tom VI, str. 418. "Ainsi au point de vue de la méthode, il faut mettre sur le même rang et le socialisme communiste des ouvriers, et le socialisme passionel de Fourrier, et le socialisme catholico-féodal d'Auguste Comte". A nieco niżej, str. 428: "C'est à ce dernier socialisme, inauguré par M. Comte sous le nom de philosophie positive, que j'appartiens".

 

(13) Jako próbkę tolerancji pozytywizmu można przytoczyć ustęp Katechizmu pozytywnego, ułożonego przez Comta: "W imieniu przeszłości i przyszłości, słudzy teoretyczni i słudzy praktyczni Ludzkości przychodzą objąć godnie zarząd ogólny spraw ziemskich, aby uiścić wreszcie prawdziwą opatrzność moralną, umysłową i materialną; wykluczając nieodzownie z władzy politycznej wszelkiego rodzaju niewolników Boga, katolików, protestantów, lub deistów, jako zacofanych i wichrzycieli".

 

(14) "Les deux éternels législateurs primitifs de la philosophie positive, Bacon et surtout Descartes". Tom VI, str. 247.

 

(15) Cours de philosophie positive. Tom VI, str. 568.

 

(16) Cours de philosophie positive. Tom VI, str. 933.

 

(17) Zauważyć trzeba, że dziecko i człowiek niewykształcony tak samo myślą pod względem praw logicznych, jak i najgłębszy filozof; różnica głównie leży w tym, że rozum nieuprawiony mniej zwraca się ku własnym aktom i mniej abstrakcyjnie pojmuje przedmiot.

 

(18) Przytaczamy godny uwagi ustęp Reuscha: "Ten sam rok, jakby na stwierdzenie ścisłego związku między doktryną a życiem, zapisał do swoich dziejów komunę paryską i dzieło Darwina: O pochodzeniu człowieka. Bez wątpienia między najohydniejszym wybuchem rewolucyjnym a spokojnym dziełem naukowym nie ma dotykalnego, bezpośredniego związku, ale zaprzeczyć niepodobna, że pomiędzy dwoma tymi faktami zachodzi głęboki, wewnętrzny związek. Straszliwy ten fakt życiowy, równie jak ta teoria książkowa, są tylko różnymi, od dawna przygotowującymi się objawami jednego i tego samego ducha negacji i zniszczenia. I dlatego nie pod jednym względem daje się pomiędzy nimi upatrzyć paralelizm. – Stolica świata ucywilizowanego, pod wpływem doktryn przewrotnych, pokazała nam przerażające zastępy ludzi zezwierzęconych. Człowiek pracy i nauki, którego imię odbiło się o ucho wszystkich czytających.... dwoma tomami przekonać usiłuje, że człowiek rozwinął się z jakiegoś zatraconego, nieznanego nikomu gatunku zwierzęcia. – Komuna pokazała, czym być może społeczeństwo ludzi zezwierzęconych. Darwin uczy, że człowiek jest tylko zwierzęciem i zwierzęcia potomkiem. – Wyrazem praktycznym doktryn materialistowskich była komuna paryska; wyrazem naukowym teoria Darwina. Gdyby komuna została zwycięską, hipoteza Darwina byłaby jednym z jej artykułów wiary". Biblia i natura, rozdział 25.

 

(19) Psalm XXVI, 12.

 

© Ultra montes (www.ultramontes.pl)

Cracovia MMXXI, Kraków 2021

Powrót do spisu treści książki ks. Mariana Morawskiego SI pt.
FILOZOFIA I JEJ ZADANIE

POWRÓT DO STRONY GŁÓWNEJ: