DRUGI POLSKI KONGRES MARIAŃSKI

oraz Wiec stowarzyszeń i organizacji polskich katolickich w Przemyślu

GRUSTA

W ostatnich kilku miesiącach w szeregu wydarzeń, doniosłych dla sprawy religii, pierwsze niewątpliwie miejsce zajmuje wszechświatowy Kongres Eucharystyczny w Madrycie, na który z Ziem Polskich podążyli liczni działacze z J. E. ks. Antonim Nowowiejskim, biskupem płockim, na czele. Kongres ten, w którym brały udział mnogie tysiące uczestników bez różnicy stanu i wykształcenia, wypadł imponująco i pokazał światu, że naród hiszpański jak był tak i jest katolickim, nawet teraz, kiedy moce piekielne wytężają wszystkie swe siły, aby wykorzenić wiarę na półwyspie Iberyjskim. I jeśliby Hiszpania miała się w przyszłości kiedykolwiek zachwiać w przywiązaniu do wiary na podobieństwo swej sąsiadki Portugalii, to powodu trzeba by szukać nie w upadku religijności w narodzie jako takim, lecz w klice masońskich i socjalistycznych przewrotowców, dla których wszelka broń prowadząca do nikczemnego celu jest dobra; trzeba by szukać w ich kłamstwach, wstrętnych oszczerstwach, intrygach, machinacjach i zbrodniach. Ale może dobry Bóg uchroni nas od smutnej konieczności poszukiwania sprawców przewrotu, bo do niego nie dopuści.

Zajęlibyśmy się szczegółowym opisem onego Kongresu w zeszycie niniejszym, pierwszym po jego odbyciu, gdyby nie to, że na Ziemiach Polskich zaszedł fakt niezmiernej wagi i zajaśniał na horyzoncie smutnego naszego nieba tak silnie, iż dla oczu polskich przyćmił blask Kongresu Madryckiego. Jest to drugi Polski Kongres Mariański oraz Wiec stowarzyszeń i organizacji katolickich polskich, odbyty w Przemyślu w dniach 26, 27 i 28 sierpnia r. b.

Gdyby pozwalało na to miejsce, nie pominęlibyśmy żadnego ze szczegółów doniosłych, których były setki, i na każdy rzucilibyśmy światło obserwacji, każdy uwypuklili i ocenili, jak na to zasługuje; podalibyśmy długi, długi szereg wybitnych, znanych i zasłużonych Kościołowi, ojczyźnie i społeczeństwu uczestników. Były tam wszystkie stany: począwszy od mitr biskupich i książęcych, a skończywszy na chłopskiej siermiędze i bluzie robotniczej; począwszy od mężów ze sławą naukową, która sięga daleko poza granice kraju, członków Akademii Umiejętności, profesorów obu Uniwersytetów polskich, pisarzy itd., a skończywszy na prostaczkach, których zacne imię jest znane tylko w obrębie miasteczka lub wioski; począwszy od poważnych, doświadczonych, ubielonych siwizną głów, a skończywszy na rwącej się do życia młodzieży akademickiej i gimnazjalnej; począwszy od rządców kraju, a skończywszy na tych, którzy nikomu nie przewodzą, którym warunki życia każą być poddanymi poddanych. Rozmaitość czarowała wzrok i kołysała ducha, bo chociaż tak bogata, miała przecież jedno i to samo wspaniałe podłoże – grunt wiary Chrystusowej. Widziało się tu miniaturę Kościoła Powszechnego, który mocen jest wszystkich ludzi objąć swą opieką i wszystkim dostarczyć obficie odpowiedniego pokarmu.

Inicjatorem i gospodarzem Wiecu-Kongresu był J. E. ks. dr. Józef Sebastian Pelczar, biskup przemyski, mąż niepospolitej nauki i czynu, chluba Episkopatu polskiego; prezesem honorowym znakomity Stanisław hr. Tarnowski, prezes Akademii Umiejętności, aktualnym – ogólnie ceniony Władysław książę Sapieha.

Wiecowanie zaczęło się od Boga, od spowiedzi, której pierwszego dnia w katedrze słuchało blisko stu kapłanów, i od gremialnej Komunii św., podczas której wygłosił mowę J. E. ks. dr. Józef Bilczewski, arcybiskup lwowski. Uświetnione zaś było sumą pontyfikalną, w niedzielę dn. 27/VIII, na której kazał J. E. ks. dr. Józef Teodorowicz, arcybiskup lwowski obrządku ormiańskiego; i uroczystą pod przewodnictwem siedmiu biskupów, w towarzystwie świetnej rodowej arystokracji i dygnitarzy świeckich, przy udziale mnóstwa korporacji i wielotysięcznej rzeszy, procesją z cudowną statuą Matki Boskiej do Kościoła Serca Jezusowego, gdzie J. E. ks. dr. Władysław Bandurski, biskup-sufragan lwowski, ofiarował uczestników Kongresu temuż Sercu. Nie podnosimy zalet, którymi jaśniały przemowy tych trzech książąt Kościoła, gdyż nazwiska ich mówią same za siebie. Są to mówcy złotouści, dzierżący prym w dzisiejszym kaznodziejstwie polskim.

Same bezpośrednio obrady, po wspaniałym odśpiewaniu, w towarzystwie orkiestry, kompozycji Surzyńskiego na temat wiersza Mickiewiczowskiego: Pokłon Przeczystej Rodzicy! Nad niebiosa Twoje skronie, Gwiazdami Twój wieniec płonie Jehowie na prawicy – zainaugurował J. E. Biskup Pelczar. Olbrzymia udekorowana sala ujeżdżalni, wypełniona kilku tysiącami słuchaczów, rozbrzmiewała takimi mniej więcej słowy dostojnego mówcy:

"Na ostatnim Kongresie (1) wyraziłem nadzieję, żeby następny Kongres odbył się w Warszawie lub Poznaniu. Nadzieja jednak okazała się złudną, i dlatego Kongres dzisiejszy zwołano do Przemyśla. Stary gród Przemysława czuje się szczęśliwym, że może powitać u siebie tak dostojnych gości, przedstawicieli wszystkich trzech obrządków katolickich, wszystkich zaborów i stanów.

"Zwołaliśmy Kongres Mariański w pierwszym rzędzie po to, by oddać hołd i cześć Najświętszej Maryi Pannie, by poświadczyć ponownie, że jesteśmy Jej czeladką, że jak ojcowie nasi, tak i my tulimy się do Jej serca. Tam na Jasnej Górze Przeczysta Panienka ze strony jednego z Jej stróżów doznała strasznej zniewagi. Kongres Mariański niech będzie ekspiacją za tę zniewagę. A dalej niech będzie zadosyćuczynieniem Najświętszej Matce za "Legendy" Niemojewskiego, za herezję mariawitów, za wiele innych obraz i zniewag. Za to wszystko ofiarujemy jutro wspólną Komunię św., a dziś wieczorem adorację Najświętszego Sakramentu. Składamy Najświętszej Maryi Pannie hołd. Niech do Jej Tronu popłynie pieśń nasza, niech do Królowej Polski wzniesie się błagalna prośba o pomoc.

"A pomocy takiej naród nasz potrzebuje. Z różnych stron Polski musimy się tu modlić o łaski Boże, a szczególnie o stałość w wierze katolickiej, o hart ducha w walce z przeciwnościami, o ducha zaparcia się i poświęcenia tak dla kapłanów katolickich, jak i wszystkich wiernych. Gdzież więcej ucisku, gdzież więcej łez cieknących, jeśli nie na naszej polskiej ziemi, na którą Matka Najświętsza z tym większą spogląda miłością i czułością?

"Ciężka jest niedola narodu naszego, bo też ciężkie były nasze winy. Ale jak w chwilach groźnych dla Rzeczypospolitej Maryja nas ratowała, tak i teraz za Jej przyczyną przyjdzie wybawienie dla naszej Ojczyzny. Czy wystarcza dziś modlić się? Owszem, trzeba się i modlić, ale trzeba też pracować i walczyć w obronie zagrożonych dóbr naszych. Dziś Kościół musi walczyć z jawnym, silnie zorganizowanym niedowiarstwem. Na czele wrogów Kościoła kroczy masoneria, oraz jej nieodstępni satelici – socjalizm i liberalizm, połączony z radykalizmem i żydostwem. Masoneria garścią całą rozsypuje naokoło siebie zło żywym słowem i przez gazety i pisma, w których domaga się między innymi wyrzucenia więźnia watykańskiego z Rzymu. Jeden z przywódców masonerii napisał, że panowanie Galilejczyka trwało 20 wieków, ale i ono musi się skończyć. Daremne usiłowania. My,jak ów genialny papież Pius IX, powtarzamy: "Non possumus" (a). Nie możemy odstąpić od wiary, ale ją będziemy jeszcze w sercach innych ugruntowywali. Pamiętajmy, że katolicyzm jest najsilniejszą rękojmią naszego zmartwychwstania.

"W narodzie naszym antykościelne prądy zachodnie zaczynają przybierać formę niebezpieczeństwem grożącą. Pominąwszy akcję protestantów w Poznańskiem, wskazać tu muszę na posiew pozytywizmu warszawskiego, na pisma, budujące przyszłość naszą bez religii, na płody dekadentów, na robotę socjalistów, mordy przez nich dokonywane, oraz na powołaną przez nich do życia bojówkę. Nie inaczej ma się sprawa w zaborze austriackim. Pisma radykalne napadają u nas na religię, na Kościół i jego przedstawicieli, a następstwem tego rodzaju akcji – to rosnąca bezbożność, która z dniem każdym staje się zuchwalszą. Wśród inteligencji i wśród robotników żyją ateusze, nie uznający Boga, tak jakby tego Boga nie było. Deprawacja ducha i ciała szerzy się straszliwie. Duch buntu opanowuje coraz więcej jednostki. Ba, nawet wśród duchowieństwa spotykamy takich, którzy mówią: "Non serviam – nie będę służył".

"A jakaż jest reakcja ze strony prawdziwych katolików? Lud nasz ma dużo uczucia, ale mało uświadomienia religijnego. Trzeba to uświadomienie wzbudzić, wyrobić. Objawem tego braku uświadomienia – to rozmaite pojmowanie katolicyzmu przez poszczególnych ludzi. Są dobrzy katolicy, ale zamykają się w sobie. Inni z katolicyzmu robią monopol, inni znów są bojaźliwi, inni niedbali i niechcący poznać dokładnie całej prawdy katolickiej. Są katolicy podejrzliwi, którzy np. w działalności społecznej księży widzą klerykalizm; są katolicy świąteczni, są wreszcie tacy, którzy mienią się katolikami, ale w rzeczy samej są poganami.

"Rzecz naturalna, że od tego rodzaju katolików nie można wymagać jakichś czynów. A dziś trzeba w akcji katolickiej ducha ofiary i zapału.

"Dlatego też powinniśmy sobie na tym Kongresie postanowić poprawę. Będziemy się starali wroga poznać, zbłąkanych nawrócić, w całym społeczeństwie spotęgować ducha wiary. Będziemy na tym Kongresie radzić, jak wadom i prądom złym stawić tamę, by odnowić wszystko w Chrystusie.

"Coraz jest gorzej u nas. Tyle dworów i zagród chłopskich przechodzi w obce, a wrogie nam ręce. Gorzej może jeszcze jest po miastach. Pociechę stanowi jedynie to, że mnoży się liczba kościołów, szkół itp., że pewne grono osób bierze się do pracy katolickiej. Ale czemuż tych ludzi tak mało? Czemuż wszystko, co nam jako katolikom jest drogie, tak małego doznaje poparcia? Czemuż u nas tyle rozbicia na stronnictwa polityczne? Czemuż tyle rozłamu? Obmyślenie odpowiedzi na te pytania, oraz wyszukanie środków zaradczych będzie zadaniem Kongresu.

"Trzeba stworzyć organizację obozu katolickiego. Jeśli chcemy ratować społeczeństwo polskie, należy się organizować w duchu katolickim. Jak ożywić, jak podnieść, jak skoncentrować i rozwinąć organizację katolików, o tym zapewne na tym Kongresie usłyszymy.

"W każdym razie Kongres ten ma być hasłem do boju o nasze ideały. Gdy nieprzyjaciel zbliża się do kraju, wojsko regularne ciągnie do bitwy, a za nim idzie pospolite ruszenie. Podobnie i w naszej akcji być winno. Każdy z nas stanąć musi do szeregu, bo każdy ma bronić tego, co mu drogie. Nuże tedy duchowni i świeccy do walki, do walki zaciętej, ale świętej"...

Po tej mowie na propozycję Arcypasterza tysiące serc złożyły przed obrazem Bogarodzicy przyrzeczenia wierności dla Kościoła i jego Namiestnika, wyraziły gotowość bronienia religii przed napaściami oraz oświadczyły się za zupełną wolnością Stolicy Apostolskiej, aby mogła bez przeszkód rządzić Kościołem.

Spośród mówców reprezentacyjnych z powitaniem i wspaniałym wyznaniem wiary pierwszy wystąpił Stanisław hr. Badeni, marszałek Galicji. Oto jego ipsissima verba, przyjęte przez Kongres z niesłychanym entuzjazmem:

"Z radością mam zaszczyt powitać to dostojne Zebranie imieniem własnym i imieniem Sejmu krajowego, tego Sejmu, który od początku doby konstytucyjnej stał wiernie przy Wierze i Kościele katolickim, a w granicach swego uprawnienia czynił wszystko, co mógł, by swymi uchwałami i swym działaniem tej wierności dać głośny i czynny wyraz, a tym samym przyczyniać się do utwierdzenia i wzmocnienia wpływu Kościoła katolickiego.

"Jakiekolwiek zmiany Sejmu przyszłość przyniesie, tej tradycji pozostanie, da Bóg, Sejm zawsze wiernym, a duch katolicki nigdy Sejmu nie opuści.

"Tak jak dziś, tak i w przyszłości wizerunek Chrystusa ukrzyżowanego będzie nadawał piętno wybitnie katolickie wszystkim naszym zakładom wychowawczym, naukowym, rękodzielniczym, dobroczynnym i humanitarnym, a biały kornet Siostry Miłosierdzia oświetlać i rozjaśniać będzie ponure sale naszych szpitali, jako znak widomy, że wolą Sejmu jest, by szpital przynosił nie tylko ulgę i pomoc w cierpieniach fizycznych, na jaką tylko nauka lekarska zdobyć się może, ale zarazem, by pamiętając o duszy ludzkiej zapewniał chorym tę pociechę w cierpieniu, ukojenie w boleści i gotowość do męskiego znoszenia wyroków Opatrzności, jaką dać może tylko silna Wiara i Kościół katolicki.

"Biorąc tak licznie, tłumnie prawie udział w obecnym zebraniu i w dawniejszych Kongresach Mariańskich, chcemy stwierdzić, że jesteśmy zawsze gotowi kornie i karnie iść za przewodem, wskazówką i wolą naszych biskupów i że bardzo chętnie i z wdzięcznością patrzymy na to, gdy nasze duchowieństwo daje inicjatywę, zachęca nas i kieruje nami w każdym działaniu, z życiem religijnym w związku zostającym. Zarazem społeczeństwo katolickie całe jako takie, poczuwając się do obowiązku, stojąc pod znakiem łączności w Wierze i przywiązania do Kościoła katolickiego, zdobywa się na potrzebną inicjatywę, wolę i siłę do działania obronnego i ochronnego, a choćby i do walki w obronie naszej świętej Wiary i Kościoła katolickiego.

"Do walki z kim i do obrony przed kim? – nasuwa się pytanie. Wszakże nie ma u nas prześladowania, nikt nam nie zakazuje ani nabożeństw, ani nauk, ani religii, ani obrządków, nikt albo przynajmniej niewielu religię zaczepia, oddaje się jej głośno nawet wielkie uszanowanie.

"Zdaje mi się, że walka potrzebna przede wszystkim z nami samymi, z naszymi błędami, wadami i słabościami, a obrona konieczna od tego wielkiego szkodnika, tak w życiu religijnym jak i życiu publicznym, od indyferentyzmu, gnuśności, bierności i sobkostwa.

"Dla własnej wygody zamykamy oczy na złe i czekamy cierpliwie, aż ono stanie się tak silnym, że go pokonać nie będzie można, co z ubolewaniem stwierdzać zwykliśmy. Wylewamy nieraz w słowach łzy nad prześladowaniem religii przez innych; ale czy czynimy wszystko co należy, by ją wzmocnić w nas samych, niech na to odpowie Kongres Mariański.

"Broniąc zasad Kościoła katolickiego, działamy równocześnie najskuteczniej dla złagodzenia, jeżeli nie dla rozwiązania wszystkich najtrudniejszych problemów naszego życia publicznego, społecznego i narodowego.

"Bo Kościół jest sam odwieczną demokracją w najszczytniejszym tego słowa znaczeniu, głosi równość przed Bogiem i jest protestem przeciw wszelkiej niesprawiedliwości legalnej czy nielegalnej, czy ma ona swe źródło w woli jednego czy w woli mas. Kościół jest demokracją, opartą nie na zazdrości, lecz na miłości. I o tym nam dziś bardziej niż kiedykolwiek pamiętać należy, że gdy walka i nienawiść miedzy warstwami społecznymi, grupami interesów i jednostkami jest tak bardzo zaostrzona, do jej złagodzenia dojść możemy w Kościele katolickim i przez Kościół.

"Kongresy katolickie, jako akt łączności w dobrem i zupełnej zgodności świata katolickiego, dodają nam siły, otuchy i nadziei i pozwalają nam powiedzieć pomimo ogromu złego, które nas zewsząd otacza, i pomimo indywidualnej naszej słabości: Non praevalebunt.

"A jeszcze jedno słowo. W programie trzech dni, które razem spędzić mamy, oprócz obrad i dyskusji przewidziane są chwile na to najwyższe połączenie wszystkich serc katolickich, na modlitwę.

"Będziemy się modlili, abyśmy w naszych obowiązkach nie ustawali i gorliwie je spełniali; będziemy prosili Boga, by czas gniewu Swego skrócił, a siłę wytrwałości, siłę wiary, siłę roztropności, siłę wytrzymania nam dał.

"Każdy z nas będzie o to prosił dla siebie, dla swej rodziny, dla najbliższych, ale suma tych modlitw, wznosząca się równocześnie do Boga, będzie modlitwą narodu polskiego.

"Oby ją Bóg za przyczynieniem Tej, która jest tego Kongresu Świętą Patronką, wysłuchać raczył!".

Po powitaniu Kongresu przez marszałka Kraju nastąpił cały szereg innych powitań, które mówcom dyktowała głęboka wiara, zbratana z gorącym czynem chrześcijańsko-katolickim. Tak więc imieniem miasta Przemyśla witał burmistrz, dr. Fr. Doliński; imieniem senatu Uniwersytetu Jagiellońskiego – profesor dr. Włodzimierz Czerkawski; imieniem chrześcijańskich organizacji robotniczych w Królestwie – ks. dr. M. Godlewski; imieniem Wielkopolan – Kazimierz Brownsdorf, prefekt Sodalicji w Poznaniu i redaktor "Tygodnika gospodarczego"; od galicyjskich kółek rolniczych – Artur Zaremba-Cielecki; od towarzystwa Piotra Skargi i katolickich akademików – hr. Henryk Badeni; towarzystwa Oświaty ludowej oraz Czytelni katolickiej polskiej – dr. Kazimierz Lubecki; polskich organizacji robotniczych – Władysław Suchalak z Essen; zawodowego związku polskich robotników z siedzibą w Krakowie – Stanisław Zgórniak. Wszyscy mówcy, składający otwarcie i z rozkoszą wyznanie wiary w imieniu swoim i swoich organizacji, zbierali burze oklasków.

Ale przejdźmy do referatów.

Nie sposób przytaczać wszystkich, gdyż Kongres w poszczególnych sekcjach obradował nad wielu sprawami. Prawie nie było organizacji katolickiej, której by działalność nie była oświetlona i zalecona gorącymi słowy najwybitniejszych swych działaczów. Zwłaszcza Towarzystwo im. Piotra Skargi, które wzięło sobie między innymi za zadanie podnieść pod względem moralnym piśmiennictwo polskie, i Sodalicje panów i pań wykazały wiele bogactwa myśli i szczerego, ofiarnego zapału dla świętej sprawy. Musimy jednak przytoczyć jeśli nie wszystkie mowy, to przynajmniej imiona tych mówców, objętych programem, którzy wystąpili na samych choćby zebraniach ogólnych.

Prezes Akademii Umiejętności, Stanisław hr. Tarnowski, wykazał, jakie niebezpieczeństwa grożą obecnie społeczeństwu polskiemu pod względem wiary i obyczajów, i jak im zapobiec. Patriarcha uczonych polskich mówił długo z wrodzonym sobie namaszczeniem i zakończył tymi lapidarnymi słowy: "Polska jako semper fidelis powinna zawsze ten tytuł zachować. Pamięć Chocima i Wiednia powinna w nas trwać. Nie dajmy się brać w jasyr bisurmanowi (bezwyznaniowości – przyp. Red.) gorszemu od tamtego, bo tamten wyznawał Allaha, a ten nic".

Europejskiej sławy pisarz i nasz współpracownik, Teodor Jeske-Choiński, który obecnie stoi na czele redakcji "Kroniki Powszechnej", tygodnika wielkiej wartości, wydawanego we Lwowie przez Towarzystwo Piotra Skargi, mówił o nowoczesnej literaturze dekadenckiej. Skreślił on w krótkim wywodzie wpływ szkoły neoromantycznej Przybyszewskiego na społeczeństwo. Dekadentyzm ten uzupełniły wpływy Nitzschego i pesymizmu skandynawskiego oraz melancholii rosyjskiej. Z tych wpływów wynikła literatura skarlała i chora.

Poseł dr. Stanisław Biały odmalował w całej grozie pijaństwo i pieniactwo naszego ludu. Wskazany został przez mówcę cały szereg środków zaradczych, jak przymusowe sądy polubowne w gminach, sądy rozjemcze, zamykanie szynków w niedziele i święta, utworzenie stałej komisji do zwalczania pijaństwa oraz szerzenie zasad zupełnej abstynencji.

Szambelan Adam Konopka, prefekt Sodalicji panów ze Lwowa, wzywał do walki z pornografią w wyrazach ostrych i śmiałych, którymi jakby młotem walił w sumienie społeczeństwa i rządu. Domaga się imieniem Kongresu: 1) aby rząd wzmocnił kontrolę nad wystawami i księgarniami kolejowymi, a wykraczających pociągał do odpowiedzialności; 2) aby władze szkolne nie tolerowały w swych zakładach żadnej propagandy niedowiarstwa i zwątpienia, rozciągnęły kontrolę nad publicznymi wypożyczalniamiksiążek, same dostarczały uczniom książek szkolnych i stanowczo zabroniły młodzieży odwiedzać antykwarnie; 3) aby Wydział krajowy rozciągnął szeroką cenzurę nad repertuarem teatralnym, i komisje teatralne uzupełnione zostały fachowymi znawcami; 4) aby reformie na lepsze uległo ustawodawstwo odnośnie do obyczajności; 5) aby prasa patriotyczna wystąpiła do walki bezwzględnej z pornografią; 5) aby społeczeństwo poczuło się do obowiązku i czynnie popierało Tow. im. Piotra Skargi oraz prasę katolicką.

Prof. Antoni Kościński, mówiąc na temat: "Jakich zasad należy się trzymać w wychowaniu domowym i szkolnym pod względem religijno-moralnym i jakich wad unikać" – podkreślił konieczność zaprowadzenia szkoły wyznaniowej, zakładania ochronek i burs dla młodzieży.

Dr. K. Krotoski, wybitny historyk, znany nam dobrze między innymi z polemiki w obronie św. Stanisława Szczepanowskiego, a przy tym wytrawny pedagog, roztrząsał sprawę niedomagań w wychowaniu religijno-moralnym szkół średnich. Znakomity jego referat umieszczony w dziale artykułów naczelnych zeszytu niniejszego.

Dr. Włodzimierz Czerkawski, wybitny nasz socjolog i profesor na Wszechnicy Jagiellońskiej, wyłuszczając uczestnikom Kongresu racje, dla których niedomaga u nas akcja katolicka, mówił mniej więcej tak:

"Onegdaj wygłaszaliśmy sobie życzenia, wczoraj wypowiadano krytykę, a dziś mamy sobie powiedzieć nieco słów prawdy. Gdy na Zachodzie zaczęto zwalczać katolicyzm, to jako największy zarzut stawiano mu, że katolicyzm nie może się pogodzić z ideą narodową. My Polacy nie możemy powiedzieć tego. U nas religia tak ściśle splotła się z narodowością, że śmiało można powiedzieć: Polak – to katolik. Nasze rycerstwo z pieśnią "Boga Rodzica" na ustach szło na krwawe boje, z krzyżem w ręku szliśmy nawracać sąsiedni naród litewski. Prześladowanie kraju tak ściśle się złączyło z prześladowaniem religii, że pierwsze strzały podczas powstania padły do procesji. Przeto też wrogowie katolicyzmu u nas nie mają w walce z nim tego atuta, co na Zachodzie.

"Zapytać się należy, co, mimo takiego znaczenia u nas katolicyzmu, sami katolicy znaczą? Łagodna odpowiedź brzmieć musi: Mało, a prawdziwa... nic. Myśmy zasnęli, bo się nam wydaje, że wszystko zrobione, że wroga nie ma. Dziś szukamy przyczyny złego, ale nie znajdujemy jej tam, gdzie ona jest, to jest u nas.

"My, zamiast wziąć się do pracy, szukamy nowych form organizacyjnych, nad tym debatujemy, i właściwie na tym wszystko się kończy.

"Jeżeli się dziś mówi o niedomaganiach u nas organizacji katolickiej, to nie myślę tu mówić o formach tej organizacji. Bo forma w porównaniu z treścią jest drobnostką. Gdybyśmy nawet w najgorszą organizację tyle włożyli pracy, ile wkładamy w szukanie nowych form, to ta organizacja już by się polepszyła.

"Powodów naszego niedomagania jest wiele, wymienię ich kilka.

"Pierwszym z nich – to chęć ogarnięcia naraz wszystkiego. Stawiamy programy wspaniałe, a nie wiemy o tym, że wykonanie tych programów wymaga nie jednego, ale dziesiątków, ba nawet setek lat wytężonej pracy. Wszystko, albo nic – taką maksymę stosujemy w akcji katolickiej. A przecież wszystkiego zrobić nie możemy, przeto kończy się cała akcja na żalach, na biadaniu.

"Pierwszą zasadą realnej pracy musi być dostosowanie akcji do środków, jakimi się rozporządza. W stowarzyszeniach katolickich mamy wielu członków, ale nie mamy takich, którzy by coś robili. Najmniejsza u nas organizacja stawia sobie za cel wielkie programy, których nigdy nie wykona. Na Zachodzie jest inaczej. Każda organizacja wyszukuje sobie pewną platformę i ściśle na jej podstawie działa. U nas zaś każde stowarzyszenie ma arkuszowy program, którego odczytanie wymaga godzinę czasu, a gdy przyjdzie do przedłożenia sprawozdania o działalności tego stowarzyszenia, to ono da się odczytać w jednej minucie.

"Jednym słowem organizacje katolickie u nas chcą za dużo spraw objąć, a gdy to się nie uda, następuje zrażanie się i zniechęcenie.

"Przeszkodą także, która tamuje rozwój w naszych organizacjach, to polityka w codziennym tego słowa znaczeniu. W ścisłym znaczeniu politykami nie jesteśmy. U nas ta polityka ma polegać na akcji w sejmach i parlamencie.

"Wśród wszystkich partii politycznych sytuacja partii katolickiej jest nadzwyczaj trudna. Organizacje katolickie bowiem stać muszą zasadami, a polityka jest najczęściej szeregiem kompromisów, oportunizmu. I w tym kierunku my musimy być stale słabsi, niż stronnictwa niekatolickie, bo katolicyzm nie może godzić się na kompromisy. Jak trudną dla obozu katolickiego jest polityka, tego dowodem Austria. Gdy jej zabrakło jednego człowieka (Luegera), to rezultat 20-letniej pracy już się zachwiał. A więc trudna jest dla nas polityka tam u góry. Dlatego też przenosimy ją na życie codzienne. Tymczasem polityka u dołu – to rozbijanie. Dowód tego – to każdorazowe wybory, które niszczą owoce pracy kilkuletniej.

"Może to dla braku kultury i wyszkolenia społecznego spotykamy się u nas z faktem, że człowiek nadzwyczajnie uzdolniony do pracy w swoim zakresie, uważa się za uzdolnionego do każdej pracy, do przejścia na szerszą arenę życia społecznego. Przez to zdarza się, że u góry mamy coraz więcej ludzi bez znaczenia w życiu politycznym, a u dołu tracimy bardzo pożytecznych pracowników. Zapobiec temu bardzo trudno, bo ludzie są ludźmi, a nie aniołami. I z tym objawem musimy się pogodzić.

"Dlatego też za jedyny środek zaradczy uważam wykluczenie z akcji katolickiej wszelkiej polityki. Wtedy to nie będzie prób, by organizacje katolickie zamieniać chwilowo przez czas wyborów na organizacje polityczne. Że ten środek jest jedynym, wskazać mogę na Królestwo i Poznańskie. Tam drogę do akcji politycznej faktycznie zamknięto, a tym samym praca cała koncentrować się musi u dołu.

"Trzecim powodem niedomagania naszej akcji – to mylne zapatrywanie się na jej cele. U nas mówi się ciągle o obronie katolicyzmu.

"Obrona w ten sposób pojęta jak u nas jest rzeczą szkodliwą. Jedyną obroną może być atak. Wróg bowiem tam rozpoczyna akcję, gdzie jest silny, a więc nie należy dopuszczać do tego, by stał się silnym. Obrona ze względów praktycznych powinna polegać na ataku dlatego, że atak wymaga energii; polegać na ataku winna także i dlatego, że mamy do odebrania wrogowi tak tych, którzy do wroga należą, jako też tych, którzy są w połowie drogi do niego, lub dla sprawy katolickiej są obojętni.

"Trzeba sobie powiedzieć, że wrogów katolicyzmu jest u nas mało, ale siłę dajemy im my sami. My im powinniśmy narzucić program, a nie od nich przyjmować zakres działania. Wtedy nie będziemy musieli żalić się na ataki wrogów.

"To są zasadnicze powody niedomagania naszej akcji. Należy sobie uświadomić, co byłoby wskazane, by tego rodzaju stosunki uzdrowić. Nie będę mówił o naszych próbach organizacji katolickiej. Uważam bowiem, że nie należy tworzyć czegoś nowego, ale pracować z tym, co już jest. Pierwszym więc zadaniem naszym byłoby wlać życie w dzisiejsze organizacje katolickie, a to w ten sposób, że w każdej miejscowości wybierze się dla istniejącej tam organizacji cel taki, który tam jest potrzebny i da się przeprowadzić. Przy ograniczaniu celu do możliwości zdobędziemy w organizacjach pracowników. Dziś organizacje nasze stoją jednym człowiekiem, a to dlatego, że program ich jest obszerny, że członkowie nie mogą go zrozumieć i nie mogą się zorientować w całej sprawie.

"Mamy w kraju cały szereg towarzystw dobra publicznego, wprawdzie nie katolickich, ale też nie wrogich katolicyzmowi. Tych towarzystw nie należy odrzucać, ani też od nich się usuwać. To byłoby rzeczą bardzo szkodliwą. Towarzystwa te bowiem nad usuwającymi się przechodzą do porządku dziennego, a o ile sprzyjają okoliczności, stają się wrogimi katolicyzmowi. Zadaniem naszym musi być wejście do tego rodzaju organizacji i wprowadzenie do nich ducha katolickiego.

"Brak w naszej akcji inteligencji katolickiej. Skąd ją wziąć? Stamtąd, gdzie ona pracuje, a pracuje głównie w tych organizacjach, które są rzeczywiście pożyteczne. I tam nam iść należy, by pokazać tym ludziom, że i my w kierunku przez nich obranym dążymy. Trzeba im pokazać, że dążność ich stowarzyszeń będzie prędzej spełniona, gdy oprze się na zasadach chrześcijańskich. Taki udział w stowarzyszeniach nie katolickich, ale też nie wrogich jest zdobyciem i pozyskaniem dla katolickiej sprawy tych, którzy by mogli być najpożyteczniejszymi...

"Wywody swoje streszczam w następujące rezolucje:

"1) Drugi Kongres Mariański uznaje, że dotychczasowe rezultaty akcji katolickiej są niewystarczające nie tyle wskutek braków organizacyjnych, ile raczej z powodu zbyt małej działalności, którą rozwijają stowarzyszenia katolickie.

"2) Kongres uznaje: a) że należy ożywić istniejące organizacje katolickie przez określenie i osiągnięcie zadań, które w każdym konkretnym wypadku osiągnąć można; b) że należy tworzyć dla poszczególnych potrzeb społecznych i wyznaniowych Związki katolickie, a na ich podstawie organizację ogólną; c) że katolicy powinni brać żywy udział i starać się przeprowadzić swe zasady we wszystkich organizacjach dobra publicznego, które nie są zasadniczo katolicyzmowi wrogie; d) że w organizacjach katolickich polityka czynna ma być wykluczona".

Po dr. Czerkawskim zabrał głos Paweł książę Sapieha w sprawie utworzenia ogólno-austriackiej unii katolickiej. Przedstawiwszy dzieje "wolnej" myśli w Austrii i zabiegi masonerii o panowanie nad duszami, zaleca gorąco wszystkim galicyjskim stowarzyszeniom katolickim połączyć się w jedno u siebie, a następnie złączyć się z unią katolicką w Austrii. Unia ta, wykluczająca wszelką politykę i nacjonalizm, widząca w każdej narodowości jednostkę równorzędną, nie zagraża interesom narodowym polskim. Przeciwnie, popierając potężnie religię, tym samym przyczyni się do umocnienia naszego bytu narodowego. Projekt mówcy był przedmiotem żywej, przychylnej dyskusji.

Jako ostatni, objęty programem mówca na pełnych posiedzeniach Kongresu, zabrał głos JE. ks. dr. Leon Wałęga, biskup tarnowski. Mowa jego była jedną z najpoważniejszych na Kongresie. Pełna głębokiej myśli, poruszyła między innymi najważniejszą bolączkę życia katolickiego w Galicji, mianowicie stosunek jego do polityki. Dostojny mówca przemówił mniej więcej w te słowa:

"I znowu, po raz już nie wiem który, pokazaliśmy, że umiemy obchodzić wielkie chwile, czy narodowe, czy religijne. Po tej manifestacji, jakiej wczoraj i dzisiaj daliśmy wyraz, trzeba, aby nastały teraz dni robocze. Pole do pracy przed nami szerokie, gdyż coraz bardziej wsiąkać w nas zaczyna duch Zachodu, i zaczynamy staczać się po równi pochyłej, po której stoczyły się już narody zachodnioeuropejskie. Wynikiem uchwalonych rezolucji ma być jedno hasło, ujęte w słowa św. Jana: "A zwycięstwo, które zwycięża świat, jest wiara nasza". W nas jest ona obecnie zbyt słaba. Mamy wspaniałe formy, ale nie zawsze odpowiada im równie wielka treść. Ośmielam się nawet rzucić społeczeństwu naszemu zarzut, że zasady w nim próchnieją. Zarzut to ciężki, bo świadczy zarazem, że i wiary w nas coraz mniej. Powinienem go udowodnić, ale jeśli się waham w tej chwili, to nie dlatego, żeby mi argumentów brakło, ale dlatego, iż jest ich tak wiele, że wybrać trudno.

"Rzucono u nas hasło oświaty. I dla tej to oświaty bardzo wiele zrobiono, ale jak z jednej strony włożono w nią wiele pierwiastku narodowego, tak z drugiej staje się ona coraz mniej katolicką. Powiadają szerzyciele takiej oświaty, że katolicka oświata jest partyjną, a oni chcą bezpartyjnej, i stawiają wiarę w tym położeniu, że Boga i Jego prawdy spychają do roli jakiejś partii. A ja oświadczam, że taka oświata "bezpartyjna" – to odstępstwo od wiary, to jej zaparcie się i wyzucie.

"Drudzy zasłaniają się kulturą. Ona nie pozwala na zbyt silną afirmację zasad katolickich. I aby od wrogów zbyt nie odskakiwać, by ich łagodzić, rzucamy ku nim pomosty ustępstw. Niestety jednak zbyt często po tych pomostach nie oni ku nam, ale my ku nim schodzimy, i zawsze ustępstwa przemieniają się w odstępstwa.

"Sprofanowaliśmy sami pojęcie Objawienia. Już i poezja jest u nas objawieniem, a poeci często prorokami, a nawet nieraz stawiamy ich wyżej niż proroków. Dzisiaj doszliśmy już do tego, że bezpieczniej jest dać młodzieży do ręki pisma autorów pogańskich, niż pisarzy naszych współczesnych. Talenty nas zaślepiają, i stajemy się nieraz dla nich tak pobłażliwi, że uwalniamy ich od wszelkich węzłów moralności i etyki.

"A w życiu politycznym do czegośmy doszli? Oklaskujemy polityczne powodzenie jednostek, choćby one szły w pracy z pogwałceniem prawa Bożego. A jednak, jeśli polityka ma być zdrową i przyjść z pomocą narodowi, to musi iść w zgodzie z etyką katolicką. Tymczasem u nas podstawą życia politycznego stały się kompromisy. Zawieramy je chętnie i często, najpierw z partiami, potem z zasadami, wreszcie z sumieniem. I doszło do tego, że łamanie praw Bożych jest dzisiaj regułą we wszystkich niemal partiach. A wybory? Tyle w nich brudu, tyle nieuczciwości, że patrzącemu z boku zdaje się, iż nie ludzie, ale sam Pan Bóg chyba zawiesił na ten czas konstytucję i pozwolił na swawolę. Nie mam tu na myśli osób lub partii, lecz stwierdzam tylko fakty ogólne i nie tylko odnośnie do ostatnich wyborów. Ale to śmiało mogę powiedzieć, że jeszcze kilka takich wyborów, a podkopiemy zupełnie duszę ludu. Żaden z kapłanów przy ostatnich wyborach nie został wybrany. Nie mówię tego, abym miał żal o to do jakich partii, bo może i lepiej się stało. Lepiej, że nie wszedł żaden, aniżeli miałby wejść nieodpowiedni, lub zły. Ale stwierdzam, że stronnictwa same odczuły, iż źle się stało, a niektóre nawet usprawiedliwiały się z tego. Jednak wszystkie one, o ile księży na posłów chciały, to pragnęły w nich widzieć tylko pokornych kapelanów, a nie surowych sędziów sumienia.

"Wytrawny nowoczesny polityk zapyta mnie, jak daleko zajdę z moimi zasadami? Odpowiadam mu... aż do nieba. Uśmiechnie on się na to... może z politowaniem. Gdyby mi było do śmiechu, to śmiałbym się, ale z jego katolicyzmu.

"Politycy twierdzą, że nie da się wyborów przeprowadzać bez rozmaitych sztuczek. A ja im odpowiem, że zapomnieli chyba o prastarej zasadzie, iż "non sunt facienda mala, ut eveniant bona". Zdaję sobie zupełnie sprawę z tego, że trzymając się zasad katolickich nie zawsze w polityce będziemy górą. Ale obrona zasad katolickich nie zawsze była tryumfem. Jeśli trzeba, to zejdziemy i do katakumb i tam się bronić będziemy. A pamiętajmy, że z katakumb katolicyzm dotychczas wychodził zwycięsko.

"Politycy powiedzą, że jest to polityka katastrof. A ja odpowiem, że zasady Chrystusa Pana nie wywoływały dotychczas jeszcze katastrofy. Zresztą bądźmy szczerzy. Lepiej doprowadzić do katastrofy, niż powoli zatruwać lud, tak jak się to dziś dzieje (b). Między tymi, którzy stanęli przeciw nam, a nami rozdział jest nieunikniony. A w chwili obecnej, gdy ten rozdział otwarcie nastąpi, mamy nadzieję, że większość narodu polskiego znajdzie się w naszym katolickim obozie.

"Miarą katolika, jego wartości, musi być stosunek jego do Kościoła, albowiem pamiętajmy o tym, że bez Kościoła nie mamy przystępu do Boga.

"Dzisiaj zaczynają pojawiać się katolicy, którzy obywają się bez pomocy Kościoła. Oni sami z Panem Bogiem załatwiają swe porachunki życiowe. A dalej, wytworzył się nowy typ katolika, nasz specjalny, tzw. polski katolik, który przede wszystkim występuje z uprzedzeniem do Rzymu. U nas wysuwa się na pierwszy plan zasada "pierwej Polak niż katolik", zasada zła i sprzeczna z ideami Kościoła, na którą Ojciec Święty przede mną się żalił.

"My czujemy tradycyjnie potrzebę udziału Kościoła. Pragniemy go w święta nasze narodowe, w wielkie rocznice. Ale wtedy wielu z nas wzywa go tylko dla uświetnienia parady, a poza tym się z nim nie liczymy. Nie zapominajmyż, że Kościół ma także władzę, że musi domagać się posłuszeństwa dla swych zasad i idei, a my chcemy, aby się tej władzy wyrzekł. Chcemy zepchnąć Kościół do roli starej kuzynki, którą się weneruje, sadza na pierwszym miejscu, ale z której nikt nic sobie nie robi. Wiele na to mamy dowodów.

"W walce z katolicyzmem wysunięto jeszcze jednego straszaka: klerykalizm. Wrogowie nasi, nie napadając na Kościół, chcą poróżnić wiernych z kierownikami duchownymi i w ten sposób Kościół rozbić. Wiedzą gdzie uderzyć, gdyż nasi katolicy boją się nazwy klerykałów. A przecież duchownym o żadną władzę nie chodzi. Powiadam otwarcie, że czasy panowania duchowieństwa w rzeczach świeckich minęły, i my do tej władzy się nie rwiemy. Owszem, w społeczeństwie, gdzie Bóg będzie panował, my chętnie będziemy sługami. Straszak klerykalizmu dotarł już i do wsi, i chłopi wyrzekają się głośno klerykalizmu, nie rozumiejąc podsuwanych im słów.

"W odpowiedzi na zarzuty, stawiane duchowieństwu, z czystym sumieniem powiedzieć możemy, że jest dziś znaczna zmiana na lepsze. Wy, świeccy, macie prawo od kapłanów domagać się większej doskonałości i świętości, ale uznać musicie, że waszymi kierownikami duchowymi pozostaniemy; tego nie zmieni i nie wywróci żaden parlament i żadna władza...".

Przechodząc następnie do źródła mocy dla ducha katolickiego w działaniu politycznym, wskazał mówca, że powinien on czerpać siły w modlitwie i Komunii św. Mowa Arcypasterza, w której tryskała mądrość życiowa i w całej pełni objawiał się duch wiary głębokiej, była co chwila przerywana porywami niezwykłego entuzjazmu.

Jak zaś bogate w myśl były liczne obrady sekcyjne, tego dowodem długi szereg rezolucji, które odczytano na zakończenie obrad. Przykro nam jest niezmiernie, że dla braku miejsca nie możemy dać choćby maleńkiego obrazu tej szlachetnej, rozgałęzionej na mnóstwo konarów zbożnej pracy, ani podnieść zasług, jakie położyła w niej nasza galicyjska i wielkopolska generalicja katolicka. Wkrótce, za staraniem J. E. Biskupa Pelczara, ukaże się "Księga Pamiątkowa Kongresu", gdzie czytelnik z przyjemnością przyjrzy się każdej cegiełce pracy i będzie miał szczęście poznać tych, którzy, serdecznie ukochawszy wiarę i ojczyznę, nie skąpią grosza, ani trudów, nie lękają się szykan i prześladowań w dążeniu do zrealizowania swych ideałów.

Na zakończenie słówko, miłe dla zaboru austriackiego i pruskiego, smutne dla rosyjskiego. W tamtym i w tym narzeka się na słabnięcie wiary u tej przeciętnej, płytkiej inteligencji – to prawda, ale w Galicji i Wielkopolsce Kościół ma dzielnych obrońców w świecie uczonym i arystokratycznym, a w Królestwie te dwa światy są na pasku bezwyznaniowych warchołów. Tam młodzież akademicka, jak np. w "Polonii" krakowskiej i lwowskiej, albo w "Kole prelegentów", a z nią młodzież gimnazjalna umie się zdobyć na cywilną odwagę i z hasłem "Kościół i Ojczyzna", związana w Sodalicje, dąży do doskonałości, rzekłbym do świętości, a w Królestwie – strach pomyśleć. Trzeba było być na tym wspaniałym Kongresie, aby posłyszeć, jak ludzie świeccy, mężowie nauki i czynu, co więcej, jak studenci uniwersytetu mówią o spowiedzi, częstej Komunii św., jak do niej z gorącym zapałem zachęcają, – aby się przekonać, że zabór austriacki i pruski pod względem religijnym do rosyjskiego – to dzień do nocy. Tam Polacy nie ulegną rozkładowi ducha, bo na to nie pozwolą ludzie nauki i czynu, a tu spodziewany rozkład bodaj czy nie daje o sobie już znać przykrą, trupią wonią. Tu nie ma głęboko religijnych mężów nauki, bo nie ma religijnie i wzorowo prowadzonych szkół, a o internatach w duchu Bożym nikt prawie nie słyszał i nie myśli. Wprawdzie nie społeczeństwo katolickie jest tu głównym winowajcą. Niewola polityczna krępuje swobodę ruchów na każdym kroku, tak iż żadna poważniejsza myśl, dążąca do podniesienia moralnego, urzeczywistnić się nie da, ale est modus in rebus, jeśli sunt certi denique fines na widoku. Dziś już jest ostateczny mus pracować – trzeba to przyznać, a wiele ten może co musi. Oby chciał móc!

Jeśli ten drugi Kongres Mariański choć cokolwiek posunie naprzód sprawę katolicką w Galicji i Poznańskiem, to nie tylko tam, ale i dla Królestwa będzie miał niemałe znaczenie. Wszak przykład, dany za sztucznie sfabrykowaną rubieżą, nie może nie podziałać na tych, co w zasadzie są i muszą być jednego ducha z Polakami zaboru austriackiego i pruskiego.

Włocławek.

Grusta.

Artykuł z czasopisma: "Ateneum Kapłańskie". Miesięcznik wychodzący pod kierunkiem Profesorów Włocławskiego Seminarium Duchownego, poświęcony Pismu św., Teologii Dogmatycznej, Apologetyce, Teologii Moralnej i Ascetycznej, Prawu Kanonicznemu, Liturgice, Filozofii, Historii, Naukom Społecznym, Pedagogii i Sztuce Chrześcijańskiej. (Za zezwoleniem JE Ks. Dr. St. Zdzitowieckiego, Biskupa Diecezji Kujawsko-Kaliskiej). Rok 3. (1911 r.), Tom 6. (Redaktor odpowiedzialny: Ks. Dr. Antoni Szymański. Wydawca: Ks. Dr. Stanisław Gruchalski). Włocławek. – Seminarium Duchowne, ss. 163-176. (Pisownię i słownictwo nieznacznie uwspółcześniono; ilustracje oraz przypisy literowe od red. Ultra montes).

Przypisy:

(1) Pierwszy Polski Kongres Mariański odbył się 1904 r. we Lwowie w pięćdziesiąt lat po ogłoszeniu dogmatu Niepokalanego Poczęcia.

(a) W Księdze Pamiątkowej z Kongresu powyższy fragment brzmi następująco: "Dziś pisma masońskie i wolnomyślne domagają się coraz silniej, by Więźnia watykańskiego wyrzucić z Rzymu, gdzieś za morza, i pogrzebać katolicyzm; a niedawno temu jeden z koryfeuszów sekty, Delpech, nie wahał się wyrzec publicznie: «Panowanie Galilejczyka trwało 20 wieków, ale i ono się kończy»... Przedwczesną jest radość wasza, bezbożni synowie Juliana Apostaty! Możecie Kościół obedrzeć, skrępować, wtrącić do katakumb i skazać na męczeństwo, ale go nie pokonacie; bo i dziś powtarzamy śmiało za Tertulianem: Mori possumus, vinci non possumus (możemy umrzeć, ale nie możemy być zwyciężonymi); a wy prędzej czy później musicie zawołać: Vicisti Galilaee! (zwyciężyłeś Galilejczyku)". – Księga Pamiątkowa Drugiego Kongresu Mariańskiego Polskiego i zarazem wiecu katolickich stowarzyszeń polskich, odbytego w Przemyślu w dniach 26, 27, 28 sierpnia 1911 r., Przemyśl 1912, s. 14.

(b) W Księdze Pamiątkowej z Kongresu powyższy fragment brzmi następująco: "Ależ, powiedzą dalej, – «to polityka katastrof i ostrego rozdziału społeczeństwa!» – Chyba zasady Chrystusowe nigdy nie sprowadzały katastrof społecznych; a zresztą, mówiąc językiem polityków, bodaj czy nie lepsza chwilowa katastrofa, która by oczyściła atmosferę, niż powolne, a masowe zatruwanie społeczeństwa". – Księga Pamiątkowa..., s. 360.

© Ultra montes (www.ultramontes.pl)
Kraków 2006

POWRÓT DO STRONY GŁÓWNEJ: